Zauważone

Matka Boża z Panem Jezusem na kuli ziemskiej, zdjęcie rzeźby na fasadzie jednej z kamienic w Krakowie (fot. RK)

Róże dla Matki Bożej (fot. RK)

Czasem coś zauważam co wydaje mi się warte zapisania lub udostępnienia.

Polecam na tej podstronie opowiastkę pro–life w dacie 14 czerwca 2019 r., ale ponieważ zauważyłam spore zainteresowanie moją prezentacją, którą przygotowałam na 1-szym roku studiów doktoranckich z filozofii, z których niestety musiałam zrezygnować z przyczyn ode mnie niezależnych, zachęcam do oglądnięcia także tej prezentacji. Dotyka ona tematyki rozróżnień pojęć i znaczeń miłości. Wcześniej, jeszcze na studiach podyplomowych „Nauka i Religia” na UPJPII, napisałam tekst o mechanice kwantowej w relacji do teologii i filozofii, do którego link również można znaleźć na tej właśnie podstronie. Prezentację i materiał na artykuł można znaleźć także w datach czerwcowych 2019 roku.

RK

3 października 2019

Zauważyłam, że niektórzy mieszają pojęcia 'świecki' i 'chrześcijanin', a to nie jest bez znaczenia zmieszanie. Tak naprawdę chrześcijanie są albo osobami świeckimi (laikat), albo osobami duchownymi (księża i ojcowie), albo jeszcze osobami życia konsekrowanego (siostry zakonne, mniszki, dziewice konsekrowane, wdowy konsekrowane, pustelnicy). Człowiekiem świeckim jest więc zarówno osoba wierząca, jak i nie wierząca, która nie otrzymała święceń, lub nie złożyła ślubów zakonnych lub innych o podobnym znaczeniu. Na pewno nie ma takiego podziału ludzi: świeccy i chrześcijanie.

10 września 2019

Napiszę coś oczywistego: wychowanie dzieci powinno być zawsze humanitarne! Matka, która porzuca kilkuletniego chłopca w hipermarkecie, choć on szlochając woła na całe gardło: „Mamusiu!, ja się boję!” faktycznie dziecko od siebie odseparuje, ale metodą niehumanitarną. Ten dzieciak, jeśli w dorosłym życiu nie trafi choćby na krótką, ale prawdziwą psychoterapię, lub jeśli nie jest ochrzczony, najprawdopodobniej będzie w dorosłym życiu porzucany przez kobiety. Matka powinna w takich sytuacjach wrócić i uspokoić dziecko, przy okazji oswajając jego lęk i znów za jakiś czas odrobinę od dziecka odejść, i tak wiele razy, aż minie dziecku to przerażenie, żeby wytworzyć w sposób humanitarny, adekwatny do wieku dziecka, dystans. Na dodatek to jest tylko część prawdy: jeśli dzieciak ten dorośnie, a nikt nie zdąży dobiec do niego przynajmniej z egzystencjalnym ratunkiem, może być z nim jeszcze gorzej: porzucany przez kobiety sięgnie po alkohol. Jeśli ma silny charakter, jak mu się urwie film, opamięta się i na całe dalsze życie wytrzeźwieje, ale jeśli się od alkoholu uzależni, to zachoruje na chorobę alkoholową. Jeśli trafi w chorobie na ludzi, którzy będą potrafili mu pomóc, może się uratuje, a potem nawet szczęśliwie ożeni. Jeśli jednak to się nie uda, zacznie się staczać na samo dno, z którego osobom tzw. współuzależnionym nie pozwala się człowieka wydostawać, bo osobom, które mieszczą się w grupie wysokiego ryzyka współuzależnienia mówi się, że rokowania pomyślne w tej chorobie są tylko wtedy, jeśli się właśnie człowieka zostawi, a on się dźwignie sam. Ale to jest jednak mocno problematyczne podejście do leczenia choroby alkoholowej, bo człowiek w ten sposób pozostawiony może po prostu umrzeć. Lepiej trafić na ludzi, którzy idą drogą z podpowiedzią od bł. Brata Karola de Foucauld. Błogosławiony Brat Karol radzi, żeby jednak takiego człowieka nie pozostawiać samemu sobie w pewnym ograniczonym zakresie, czyli jeśli przyjdzie np. nawet pod własny dom i – z przeproszeniem – we własnych wymiocinach, na dodatek zimą, zaśnie, to go trzeba choć trochę obetrzeć i coś z nim więcej zrobić, żeby jednak nie umarł. Ode mnie jest dodatek taki: tak, nie można takiego człowieka pozostawić samemu sobie, chyba że dlatego, iż w ten sposób trzeba już ratować siebie. Ale jeśli trzeba ochronić siebie, dzwoni się po straż miejską, żeby „gościa” zabrali. I tak nie będzie pamiętał gdzie przyszedł na urwanym filmie. Jak znajdę sensowne argumenty i chwilkę czasu na ich napisanie, dodam więc jeszcze jedną zakładkę na moim blogu; będzie to zakładka pt. Argumenty pro-sobriété, w innych językach: pro-sobriety, pro-sobrietà oraz – po polsku – tak dla trzeźwości.

7 sierpnia 2019

Asceza chrześcijańska stąpa po ziemi, więc jeśli chwilowo znajduje się nad ziemią, to dlatego, że pracuje na jakimś rusztowaniu lub drabinie. Prostym i łatwym do zrozumienia przykładem chrześcijańskiej ascezy jest przymuszanie się od czasu do czasu do zjedzenia tego czego się nie lubi, np. po to, żeby nie wyrzucić. Ale w ascezie tej nie chodzi o przymuszanie dla samego przymuszania, czyli po to, żeby zdobyć jakąś duchową sprawność, ale - i to jest w tym przykładzie najważniejsze – ćwiczenie to służy hartowaniu duszy na niepogodę, czyli np. na przyszłe lata, kiedy w starości trzeba będzie łykać nie zawsze dobre lekarstwa. Człowiek bez tej ascezy może być więc bardziej podatny na pokusy bluźnierstwa, a chodzi o to, żeby tym pokusom na pewno nie ulec, czyli żeby nie tracić radości życia (za radość życia uważam pewien rodzaj wdzięczności Bogu za życie właśnie, którą, jeśli się uda wcześniej odrobinę poćwiczyć, da się zachować nawet do końca życia w późnych latach starości) także w czasie duchowej zawieruchy, czyli wtedy gdy przychodzą choroby lub zmarszczki, albo nawet – nieoczekiwanie – „nagle” nadwaga.

2 sierpnia 2019

Pomoc dla ludzi od zwierząt może być nawet taka, że czasem właśnie po zwierzęciu widać to co się dzieje z ludźmi w pewnych warunkach, co sprzyja zastanawianiu się nad prawdą otaczającej nas rzeczywistości: Pewien jamnik, którego właściciel ćwiczył jogę, próbował stawać na głowie. Nie jeden raz, ale taką miał „zabawę”. Dosłownie układał cały pysk czołem na ziemi i wierzgał tylnymi łapkami, żeby się odepchnąć.

24 lipca 2019

Zauważyłam, że nie tylko sok ze świeżych pomarańczy powinien być w całości przygotowywany na oczach kupujących, ale także mydło i olej lniany. Żeby nas, Polaków, wykańczać, nie potrzeba już gender, wystarczy sprzedawać nam mydło z Aleppo z literaturą Z. Nałkowskiej, żebyśmy na pewno się źle czuli i na pewno mieli psychozę! Nam się trzęsą ręce w młodym wieku z przerażenia, a nie z uzależnień. Aleppo w XXI wieku wygląda jak Warszawa w 1939. Tak jak Pomoc Kościołowi w Potrzebie pomaga chrześcijanom w Ziemi Świętej można pomagać chrześcijanom w Aleppo, ponieważ rzeźbienie w drewnie figurek do szopki lub innych figur Świętych na pewno rozładowuje stres i na bieżąco pomaga. Po prostu ta siła przyłożenia dłuta do twardego drewna (lub też oczywiście do kamienia), to pomaga prześladowanym. Nie potrzeba do tego wielkiego talentu, wystarczy odrobinę zdolności, żeby robić dość dobre rzemiosło, ale właśnie nie kicz, więc takie rzeczy powinny przychodzić do nas z Aleppo, a nie mydło.

19 lipca 2019

Najogólniej o chrześcijaństwie zachodnim, jeślibym miała je określić jednym słowem, powiedziałabym, że 'służba'. W podobny sposób myśląc o chrześcijaństwie wschodnim, odnajduję określenie 'majestat'. Wydaje mi się możliwe zauważenie jeszcze jednej jakości, którą da się nazwać chrześcijaństwem środka, a pojęciem, które je przybliża jest najprawdopodobniej 'splendor'. Trzy różne jakości: służba, majestat, splendor(?). Na tej mapie chrześcijaństwa stan kobiet konsekrowanych mieści się całkowicie w chrześcijaństwie zachodnim. Tu nie chodzi o granice, ale o to, że pewnym obrazem chrześcijaństwa zachodniego może być pozytywne spojrzenie na dojrzałe malarstwo okresu manieryzmu, w którym efekt jest tak zajmujący, że patrząc na dzieło, już się nie myśli o trudzie malarza, a na chrześcijaństwo wschodnie czy chrześcijaństwo środka (jeśli faktycznie istnieje, ale myślę, że istnieje), nie da się tak spojrzeć. W każdym razie myślę o chrześcijaństwie środka, kiedy patrzę na architekturę Sanktuarium Matki Bożej w Licheniu, Sanktuarium NPM Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu, także o Świątyni Bożej Opatrzności, a zupełnie tak nie myślę (przeżywam jako bez zatrzeżeń swoje), np. Sanktuarium św. Rity w Nowym Sączu czy Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Płocku (dzieło w trakcie budowy). 25 marca 2020 r.: chrześcijaństwo środka jawi mi się w „obrazach” szczęśliwego dogadania się, które sięga tak głęboko, że aż poświęca prawdziwą sztukę, co mnie, jako twórcę wyjątkowo mocno boli, ale rozumiem ten trud i te zwycięstwa.

15 lipca 2019

(...)

13 lipca 2019

Zauważyłam, że także w tym roku nasze bukszpany zaatakowały jakieś makabryczne gąsienice. Spryskałam je ekologicznym preparatem, który pomógł w zeszłym roku, ale tym razem nic to nie dało. Dopiero mocniejszy środek, niestety już nie ekologiczny, sprawił, że te obrzydliwe koszmary, które dosłownie w tydzień zżarły tę niewielką resztkę moich bukszpanów, które udało mi się uratować poprzedniego lata, zaczęły porażone spadać na ziemię. Nie wiem czy to wystarczy. Piszę o tym a propos motyli, które uwodzą swoim powabem, ale ich obecność świadczy o tym, że coś jest gdzieś pożerane. Wiele lat temu widziałam jak mój jamnik został uwiedziony przez dosłownie jednego motyla. Byłam z nim nad rzeką. Pies biegał bez zmyczy. Wiadomo było, że nie wejdzie dalego do wody, ponieważ jeszcze nigdy w życiu nie pływał i miał sporą obawę nawet przed zanurzeniem w rzece łapek. Ale nagle zauważył motyla, który sobie fruwał i przysiadał na kamieniach. Jamnik to pies myśliwski, więc widok ten sprawił, że zaczął na motyla polować. Dopóki motyl przysiadał na kamieniach przy brzegu, nie było problemu, ale nagle zaczął frunąć dosłownie w stronę środka nurtu rzeki, a rzeka nie była spokojna. Pies przestał się przejmować wodą, a zajął się samym motylem, natomiast motyl robił dalej to samo: fruwał sobie i przysiadał na kamieniach. Już dłuższy czas pies nie reagował na wołanie. Był coraz dalej od brzegu, mój głos zagłuszała rzeka. Na szczęście lekko się potknął i zauważył, że znalazł się daleko. Poszukał wzrokiem mnie i zorientował się, że jest wołany. Na szczęście posłuchał. Potem żył jeszcze długo i nawet w miarę szczęśliwie. Dożył 17 lat. Myślę, że to dobry obraz przedstawiający prawdę o uwiedzeniach.

11 i 12 lipca 2019

Zauważyłam, że jedną z najtrudniejszych psychomanipulacji do rozpoznania i do obronienia się przed nią, jest ta, która dotyczy sposobów pojmowania zależności, jednak jeśli natrafiamy na tego typu przeszkodę, wtedy można ją rozpoznać po owocach, czyli co się okazuje, jeśli się przyjmie proponowany przez kogoś system pojmowania zależności. Najpierw dookreślę niezależność: niezależność jest samowystarczalnością. W takim razie zależność jest relacją korzystania z cudzych dóbr (oczywiście nie mówię o grabieżach, ale o normalnych obyczajowych relacjach), np. z kredytu, lub z firmowego auta, albo z cudzej mądrości, także z cudzej siły (np. kobieta korzysta z siły mężczyzny, żeby w górach nie polecieć w przepaść). Zależność jest naszą naturą, pozwala nam żyć dla drugiego. Wolność zresztą też. W każdym razie zarzut zależności jest zarzutem najczęściej wątpliwym. Przykłady: 1. "musisz się z nią spotykać co dwa tygodnie? Przecież to jest jakieś uzależnienie!, ta regularność spotkań, a to na dodatek obca dla ciebie osoba, znacie się dopiero od pół roku, przecież masz już w domu przyjaciół"; 2. "musisz zatrudnić księgową? Przecież tego co robi księgowa naprawdę można się nauczyć. Nawet po tym widać twoją zależną naturę"; 3. "nie możesz iść wreszcie do pracy na etat, tylko musisz wciąż wymyślać coś takiego, że na okrąglo pracujesz w domu? Widać wyraźnie jak się uzależniłaś od swojego mieszkania, a może od czekania na mnie z obiadem. To nie dobrze o tobie świadczy. Powinnaś to przepracować"; 4. "modlisz się nie dość, że codziennie, to jeszcze rano i wieczorem? Kompletnie zwariowałaś! Przecież ludzie się od ciebie odsuną, widząc że jesteś tak uzależniona od modlitwy. Ja na przykład nie mogę już na to patrzeć"; 5. "znasz się z kimś od dzieciństwa i nadal się lubicie i spotykacie?! Czy ty nie potrafisz się uwolnić od swojego dzieciństwa? To chore i zależne. Trzeba mieć w dojrzałym wieku nowych przyjaciół, inaczej ludzie cię oplotkują i zniszczą. Dobrze ci radzę, wiem co mówię. Zostaw wreszcie te dziecięce relacje. Zacznij, skarbie, żyć już tu i teraz"; 6. "Ty wciąż piszesz listy, a nawet je wysyłasz? Śmieszne i żenujące. Ludzie już nawet maili nie piszą"; 7. "przyjaźnisz się z własnymi rodzicami? Pierwszy raz o czymś takim słyszę. Jesteś niedojrzała, a może nawet psychiczna!", 8. "Musisz co roku wyjeżdżać na wakacje? Kompletnie ci się poprzerwacało w głowie. Nie możesz żyć bez oglądania co roku nowych zabytków?"; 9. "Nie chcesz pić wódki, bo żonie nie podobasz się pijany? Nie przesadzaj z tą miłością, bo nawet żona uzna, że jesteś zależny, a jak to uzna, to odejdzie od ciebie"; 10. "Tak się boisz posądzenia o zależność, że zrobiłaś się całkowicie niezależna. Naprawdę źle to o tobie świadczy, bo tym sposobem zaprzeczasz prawdzie o sobie i właśnie potwierdzasz swoją zależność", 11. "Pytasz znajomych o radę? Jak możesz?", 12. "musisz się kimś opiekować, żeby potwierdzać własne poczucie wartości? Ja ci nawet dam pieniądze na terapię!"

Naturą ludzką jest żyć dla drugiego. Pokolenia ofiar czasów totalitarnych bywa, że muszą to z mozołem odkrywać. Chciałam więc zauważyć i podkreślić, że właśnie chodzi o tę subtelną różnicę: nie uczymy się żyć dla, ale odkrywamy, że taka jest nasza ludzka natura, a następnie uczymy się na czym to polega i uczymy się akceptować ten fakt oraz – na drodze nawrócenia – nie poddawać się pokusie do bycia tylko dla siebie. Oczywiście w żadnym wypadku nie wolno być dla jakiegoś psa! Psy są nam dawane po to, żebyśmy się dzięki nim stawali właśnie bardziej dla drugich, ponieważ i one z natury są dla. Ucząc się podawać łapę, sprawają człowiekowi radość. Fakt, że tylko tym, którzy umieją się tym ucieszyć. Bernardyn z natury swojej ratuje ludzi przysypanych lawinami, wodołaz z natury swojej ratuje topiących się itd. Człowiek z natury swojej chce żyć i pomagać żyć innym. To jest w naszej naturze, a nie autanazja! Może na tę makabrę, która zaatakowała niektórych ludzi potrzeba modlitwy błagalnej o uwolnienie, np. modlitwy różańcowej. Nawet na pewno trzeba. Wreszcie słychać porządny deszcz w Krakowie. Dopiero w tym momencie.

Zwycięstwo Boga nad złym duchem na ziemi jest zwycięstwem dla nas. Polega ono na tym, że złe duchy okazują się niejako przymuszone do uwidocznienia się w prawdzie o nich, czyli są związane prawdą, więc – dosłownie – muszą kłamać, a po tym, że kłamią da się je rozpoznać i zupełnie unieszkodliwić, np. modlitwą rożańcową. Wystarczającą pomocą do skutecznej obrony przed sektami powinno być tylko tyle wiedzy: 1. jeśli niebezpieczeństwem okazuje się okultyzm, to mamy zagrożenie ze strony ukrytej magii, czyli mocy zdobywanej przez ukryte przerażanie; 2. jeśli niebezpieczeństwem okazuje się ezoteryka, to mamy zagrożenie ze strony pokusy do niegodziwej i w niegodziwy sposób pozyskiwanej wiedzy; 3. jeśli niebezpieczeństwem okazuje się new age i/lub pochodne, to mamy zagrożenie dla całej ludzkości, przez prześladowanie i niszczenie światopoglądowe chrześcijan; 4. jeśli niebezpieczeństwem okazuje się joga, to mamy zagrożenie ze strony ciężkich uwiedzeń, czyli kłamstwa dotyczącego miłości. Przy czym nie ma żadnej różnicy w ilości makabry w tych "elementach" (nic nie jest gorsze, ani lepsze). Przykładowe związanie prawdą złego ducha: jeśli zły duch, to na ezoterykę powie okultyzm. Udało mi się to ująć w tę syntezę dopiero dziś, czyli 11 listopada 2019 r. Proszę tego kodu używać ostrożnie, ponieważ może sprawiać niebezpiecznie i niebezpieczne stany umysłowej i uczuciowej nieważkości, więc tak naprawdę tylko w obronie własnej. Działa on w ten sposób, że utrzymuje człowieka na powierzchni, czyli daje na bieżąco argumenty pozwalające powściągnąć ciekawość i zająć się zwykłym życiem. Kto odnajduje siebie dalej, albo się topi, może jest ratowany, lub całkiem możliwe, że jest ratownikiem. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że kiedyś w dzieciństwie spotkałam się z następującym oznakowaniem kąpielisk morskich: biała flaga oznaczała, że kąpielisko jest bezpieczne nawet dla nie umiejących pływać, żółta flaga – kąpielisko bezpieczne dla umiejących pływać, czerwona flaga – można wejść do wody, ale z kartą pływacką, czarna flaga – bewzględny zakaz kąpieli. Nawet jeśli tak nie było, to uważam, że takie oznakowanie ma sporo sensu, ale chyba tak było. W każdym razie kto czyta mojego bloga jest na kąpielisku z żółtą flagą.

5 lipca 2019

1 cz. książki Kobieta, człowiek na bis miała być pomocą na te wakacje do rozeznawania w duszy prawdy o życiowym powołaniu w jeszcze starszym wieku, niż 30 lat. Chociaż otrzymała odmowę imprimatur, mogę zastąpić niektóre jej podpowiedzi moim osobistym krótkim na ten temat świadectwem: świadomie, intensywnie i z wolnością w sercu zaczęłam rozeznawać moje powołanie do życia konsekrowanego po lutowej spowiedzi na Jasnej Górze w 2003 roku. Chciałam nie zmarnować życia i pomimo druzgocących dotychczasowych życiowych porażek, znaleźć taki pomysł na dalsze życie, żeby ono okazało się jednak szczęśliwe. W maju 2003 roku pojechałam na 5-dniowe zamknięte rekolekcje o modlitwie. Podjęłam też praktykę regularnej spowiedzi i dzięki temu pogłębiałam moje rozumienie nawrócenia. W następnym roku trafiłam na spowiednika, z którym na tyle dobrze mi się rozmawiało, że z czystym sumieniem mogłam go poprosić o duchowe kierownictwo. Zgodził się. Mniej więcej właśnie od lutego 2003 roku uczestniczyłam prawie codziennie we Mszy św., co bardzo rozjaśniało moją sytuację i pomagało w dojrzewaniu do podjęcia decyzji. Po 35-tych urodzinach przyszła nagle myśl: "Ale jestem stara! Przecież mam już wiek, w którym poleca się profilaktyczne badania prenatalne, a nie trafiłam dotąd na nikogo z kim mogłabym chcieć przeżywać dalsze życie w małżeństwie sakramentalnym, choć dość intensywnie przez jakiś czas szukałam. Zanim kogoś takiego znajdę, może minie kolejnych kilka lat, więc temat osobiście urodzonych dzieci mam chyba już z głowy na całe dalsze życie. Ale dlaczego dotąd nie pomyślałam o macierzyństwie duchowym lub o tym, że Pan Bóg ma dosłownie inne plany wobec mnie, niż małżeństwo sakramentalne owocujące dziećmi, czyli niż mnie się dotąd wydawało? Te i podobne myśli rozważane na modlitwie i posilane codzienną komunią św. zaowocowały w czerwcu 2004 roku moim prywatnym ślubem czystości. Mamy 2019 rok, a ja żyję życiem konsekrowanym; choć moje śluby nadal są tylko prywatne, to mają głębszy sens, ponieważ w lutym tego roku złożyłam prywatne śluby czasowe (na trzy lata) w stanie kobiet konsekrowanych (nie można w tym stanie złożyć innych ślubów niż prywatne tak długo jak długo ta nowa forma życia konsekrowanego nie zostanie zatwierdzona przez Stolicę Apostolską). W najtrudniejszych chwilach myślę, że tyle lat takiego mojego życia nie byłoby możliwe bez woli Bożej. Pointa dnia: Jak można rozumieć życie konsekrowane, żeby łatwo zrozumieć różnicę będąc osobą świecką? Życie konsekrowane to taka życiowa sytuacja, w której pokarmem dla konsekrowanej duszy jest modlitwa i sakramenty, a relacje ze światem są pewnego rodzaju spalaniem się, lub - można to ująć w inny sposób - wyniszczają o tyle, o ile świat potrzebuje nawrócenia. Kto żyje w klasztorze, czyli ma nieograniczony dostęp do kaplicy lub we wspólnocie siostrzanej czy braterskiej na drodze nawrócenia, ma łatwiej (dlatego stan kobiet konsekrowanych nie jest indywidualną formą życia konsekrowanego, ale daje nadzieję na wspólnoty), bo właśnie nie następuje wtedy tak szybko to wyniszczenie. Natomiast relacje z osobami w grzechu ciężkim i z poganami są jak papier ścierny na duszę lub ciężary z ołowiu, od których nieraz bardzo trudno w ogóle utrzymać się na nogach, a co dopiero dojść na Mszę św., kiedy trzeba niejednokrotnie idąc usłyszeć przekleństwa od jakieś grupy robotników, zobaczyć jakieś trupie czaszki (lub jeszcze gorzej) na tyłach aut lub na koszulkach (dorosłych, dzieci) itd. dosłownie zaczyna brakować zwykłych życiowych sił. I nie ma to absolutnie nic wspólnego z depresją. To jest sytuacja podobna do tej, o której mówi w uznanym przez Kościół objawieniu Matka Boża z La Salette. Tak, można powiedzieć, że dusza, która się nawraca samym faktem własnego nawrócenia opatruje rany osobom życia konsekrowanego.

Uważam, że nawet już teraz można się interesować stanem kobiet konsekrowanych, choć jest niezatwierdzony i nie wiadomo czy zatwierdzony będzie, czyli można, ale tylko na własną odpowiedzialność, co ma bardzo pozytywny sens formacyjny. Tak czy siak konieczne jest wcześniej, czyli przed rozpoczęciem próby, mieć m. in. uporządkowane życie sakramentalne i wolność dysponowania sobą, tzn. nie można np. być w separacji, nie można mieć dzieci (ani własnych, ani adoptowanych), trzeba mieć za sobą przynajmniej Fundament rekolekcji ignacjańskich oraz rozpoznany osobiście: 1. brak powołania do jednego ze świeckich instytutów życia konsekrowanego, 2. brak powołania do tercjarstwa (także do oblatów), 3. być może także brak powołania do stanu dziewic konsekrowanych, 4. ciążenie duchowe w kierunku życia pustelniczego. Można się zastanowić nad ubraniem, bo w stanie kobiet konsekrowanych trzeba nosić lniane sukienki. Warto też się zastanowić i rozważyć w sumieniu własne mniemanie o celibacie, o komunii św. do ust, o spowiedzi usznej, ponieważ te duchowe dobra stan kobiet konsekrowanych z natury swojej duchowej wspiera. Tyle się trzeba "napracować" po 1 cz. książki i przed podjęciem próby w stanie kobiet konsekrowanych, jeśli byłoby jakieś domniemanie o powołaniu do tej formy życia konsekrowanego. Dwa trzy lata z głowy. No i oczywiście trzeba wziąć pod uwagę swój wiek, ponieważ w stanie kobiet konsekrowanych próbę można rozpocząć tylko w wieku 45-55 lat. Stan kobiet konsekrowanych nie jest życiem zakonnym, nie jest jeszcze jedną z indywidualnych form życia konsekrowanego, nie jest intytutem, nie jest także stowarzyszeniem życia apostolskiego, ale jest przestrzenią duchowego życia z jasno określonymi obowiązkami, z silnym akcentem na życie pustelnicze, które w sprzyjających okolicznościach ma obowiązek tworzyć małe, 3-10 osobowe wspólnoty. Prezentacja tego stanu, jeśli Duch Święty zechce, powinna się rozwinąć w wystarczających do jego zrozumienia ramach w czasie mojego junioratu, czyli w czasie trzech najbliższych lat. Jeszcze dodam, że nie jestem założycielką tego stanu, ani nawet jego "mamusią", bo to jest niemożliwe przy tego typu dziele, ale osobą, która w stanie kobiet konsekrowanych żyje i się formuje, więc je rozpoznaje, werbalizuje i przedstawia. Nie mogę jeszcze uruchomić odrębnej strony internetowej o stanie kobiet konsekrowanych, bo wciąż się głowię nad php, ale nie zrezygnowałam z tego zamierzenia. Tylko, że zajmie mi to jednak więcej czasu, niż początkowo myślałam.

3 lipca 2019

Powołanie kontemplacyjne do życia w klasztorze klauzurowym, dopóki żyje w świecie może być zaciemnione i trudne do rozpoznania, ale można znaleźć drogę do tej prawdy (jeśli dusza tego chce) przez miłosierdzie i wielkoduszność wobec Pana Boga. Jeśli za miłosierdzie uznamy zgodne z wolą Bożą sposoby powstrzymywania zła, to osoba, która weszła na drogę nawrócenia jest w stanie odkryć, że w świecie istnieje pewna makabryczna pokusa, którą z powodzeniem przezwyciężają właśnie klasztory kontemplacyjne. Mam na myśli pokusę ciekawości. Kto kiedykolwiek w życiu natknął się na ludzi pogrążonych w tej pokusie, może przeżyć prawdziwy szok: ci ludzie kończą się dosłownie z chwilą zaspokojenia tej pokusy. Zauważenie, że to jest obiektywnie bardzo niebezpieczne, bo może odebrać tym ciekawskim nawet chęć do życia, jak już wszystko swoimi oczami i umysłem "spapusiają", zauważenie, że wystarczy podtrzymać tę skuteczną metodę zniknięcia jaką dają klasztory kontemplacyjne i zauważenie, że nie ma problemu z takim dystansem do siebie i własnej przyszłości, żeby zaryzykować sprawdzenie na próbie w jakimś klasztorze czy to aby nie byłby dobry sposób na całe dalsze życie, może być intencją z miłosierdzia do domniemywania w duszy powołania. Wspaniałomyślnie warto to sprawdzić i dać Panu Bogu szansę, żeby w warunkach sprzyjających, a nie niszczących, powiedział o tym rozeznającej duszy.

Na małej skali tę samą pokusę zwłaszcza kobiety mogą przezwyciężać własnym sposobem ubierania się.

Pointa dnia: jeśli usłyszysz, że ktoś Ci mówi "chyba mam powołanie", masz rację, jeśli myślisz, że mówi Ci coś niezwykłego, ale nie bój się, że tego nie rozumiesz, ponieważ można to co mówi wyjaśnić: "czuję się na siłach, a nawet wydaje mi się, że chcę i wszystko wskazuje na to, że mogę (świat się od takiej mojej decyzji na pewno nie zawali) zrobić w życiu coś, co prawdopodobnie okaże się lepsze, niż to co bym mógł zrobić, nie biorąc pod uwagę w ogóle faktu tej możliwości, że może mam powołanie".

1 lipca 2019

To o czym już kiedyś napisałam, że może nie jest błędem antropologicznym (ale już tego nie wyjaśniałam dokładnie) w życiu duchowym jest czymś dużo prostszym, ponieważ jest skutkiem unikania grzechu bałwochwalstwa. Kto unika tego grzechu, stawia sobie przed oczy jakieś dobro (a jeśli chce iść dalej, dobro najlepsze, czyli zwraca siebie do Boga, co owocuje praktyką modlitwy skupienia lub - można też powiedzieć - "pamięcią na Bożą obecność". Wtedy Boża obecność otrzymuje w duszy, która podejmuje ten rodzaj praktyki duchowej, "status" bycia w centrum jej uwagi i mamy z głowy grzech bałwochwalstwa. Oczywiście pod warunkiem, że ta uwaga jest serdeczna, czyli można ją nazwać modlitwą). Przykład: Nie interesują mnie sekty, ale jeśli byłam przez nie kiedyś werbowana, to interesowało mnie jak się przed tym bronić (obrona przed sektami jest dobrem, które może być w centrum uwagi) lub jeśli udało mi się przed nimi obronić, interesuje mnie jak dokładnie to zrobiłam, bo to może być pomocne mnie (człowiek rzeczywiście uczy się na własnych błędach) i innym osobom poszkodowanym (pomoc osobom poszkodowanym przez jakieś destrukcyjne relacje również jest dobrem). Wiadomo i rozeznałam, że mowa „tak, tak” lub „nie, nie” jest na pewno dobrem. W przestrzeni życia duchowego to jest bezcenna wskazówka, ponieważ można ją zrozumieć jako warunek potwierdzający dobro: jeśli w świecie widzialnym coś jest tak, to w przestrzeni niewidzialnej ma się też okazać tak. Jeśli okazuje się inaczej, pochodzi od złego. Mizerny przykład: Jeśli twierdzę, że kocham Boga, to wcześniej czy później, jeśli to prawda, powinna ona (ta prawda) pociągnąć też, do tej mojej życiowej decyzji, moje uczucia. Po co? Ponieważ one same w sobie są dobrem i potrzebują formacji.

Uważam, że można mieć tyle obiektywyzmu wobec siebie, żeby stanąć przed lustrem, potem przemyśleć dotychczasowe własne decyzje i dojść do jak najbardziej sensownego wniosku, że jest się autentycznie pięknym człowiekiem, a następnie zdecydować, że to piękno warte jest, żeby je oddać Bogu, a nie ludziom. To też jest znak powołania. Mówi o tym Psalm 139. Całkiem spokojnie można też zauważyć, że akurat brakuje tej prostej urody, która tak naprawdę - jeśli nie ma piękna duszy – jest tylko wyjątkowej jakości estetyką, ale nie brakuje mądrości nad czym też można się pozastanawiać czy mądrość tę dusza chce oddać Bogu czy ludziom. Mówię teraz o życiu konsekrowanym, a nie o powołaniu do kapłaństwa. Warto też pamiętać, że obie decyzje są dobre, a w pewnym sensie obrazem ich scalenia jest diakonat, przepiękne i mądre powołanie, dla żonatych mężczyzn, które ma tyle do zaoferowania, że mówienie o zniesieniu celibatu w Kościele Rzymskokatolickim czyni bezzasadnym (wydaje mi się, że kto domaga się zniesienia celibatu, nie wie w ogóle nic o diakonacie stałym). Jeśli natomiast chodzi o kobiety, dobrze jest zauważyć, że jakaś kobieta na pewno nie chce być księdzem, jeśli naprawdę zależy jej na definitywnym pokonaniu w jej życiu duchowym chciwości, zawiści, zazdrości i pychy. Tylko tak to widzę. Kobieta (nie tylko dojrzała, także młoda), która jest świadoma własnej godności i wartości, jest kochana przez mężczyzn (psychicznie zdrowych) czystą miłością, czyli jest szanowana i doceniana, a fakt ten potwierdza właśnie to, że traci "potrzebę" starania się, żeby też być księdzem lub w ogóle jej taka "potrzeba" nie przychodzi do głowy. Ale żeby kobieta mogła to dobrze zrozumieć, musi zacząć od... porzucenia... spodni, czyli od decyzji chodzenia na stałe w spódnicach lub w sukienkach.

24 czerwca 2019

Zauważyłam, że mogę jeszcze udostępnić moją prezentację z 1-szego roku studiów doktoranckich z filozofii na AIK. Wiem, że się podobała, a ja też ją lubię, dlatego zdecydowałam się ją zamieścić na Internecie.

17 czerwca 2019

Mój artykuł o kwantach można już przeczytać. Miała to być moja trzecia publikacja naukowa, ale przepadło. Jednak innym tematem dostawałam się na studia doktoranckie z filozofii. Utworzyłam neologizm i doszłam do wniosku, że warto się nad nim pozastanawiać. Tekst, który wrzuciłam na Internet nie jest ani artykułem, ani opracowaniem; jest tylko zauważeniem i zanotowaniem tematu. W artykule o krypcie św. Leonarda, którym chciałam w sposób filozoficzny uczcić rocznicę Chrztu Polski, nie chodzi tak bardzo o historię, ale o czyn rozumowania (ten artykuł też chciałam opublikować w czasopiśmie punktowanym, ale podobnie jak tekst o kwantach, raz został odrzucony). Tekst, który też lubię, ale jest tylko opracowaniem na ocenę z 1-go roku moich studiów doktoranckich z filozofii, dotyczy... różnic. Nie wstydzę się tego tekstu. Na 1-szym roku studiów napisałam tylko tę jedną pracę, co do której mogę powiedzieć, że się naukowo nie czerwienię, jak na nią ostrożnie po kilku latach spoglądam. Dotyczy, jeśli mam to wyrazić dokładniej, tego co (m. in.) interesowało mnie wtedy rzeczywiście i na dodatek na poziomie naukowym, czyli filozofii. Właściwie to, że filozofii na pewno dotyczy, mnie jako autora safysfakcjonuje. Przecież to był 1-szy rok. Nie musiało być wszystko doskonale. Ważne, że na temat i w uznanych za naukowe ramach. Potem musiałam z tych studiów zrezygnować, jednak przez moment miałam jeszcze nadzieję, że pójdę na 3 lata na studia licencjackie z filozofii na UJ, a potem wrócę na studia doktoranckie, ponieważ bardzo chciałam zdobyć solidny warsztat dla moich filozoficznych naukowych planów, ale wtedy przeżyłam szok, ponieważ okazało się, że aby dostać się na studia licencjackie z filozofii na UJ w wieku 48 lat, trzeba zdać od nowa maturę. Pointa: o wielu sprawach muszę milczeć, ponieważ bez żmudnego pozyskiwania przeróżnych zgód RODO mówienie musiałoby wyglądać np. tak: Mam obłędną pamiątkę z dzieciństwa: Fotografię z roku (...), wykonaną w (...), na której można zobaczyć (...), (...), (...) oraz (...), a nawet (...).

14 czerwca 2019

1-2 lata po ślubie: pierwsze dziecko, rodzice uczą się zajmowania maleństwem; 2-4 lata po ślubie: 2-gie dziecko, rodzice cieszą się, że pierwsze nie będzie w życiu samo; 5-7 lat po ślubie: 3-cie dziecko, cała rodzina (mama, tata i dzieci) cieszy się z nowej siostrzyczki lub nowego braciszka; 8-10 lat po ślubie: 4-te dziecko, w samą porę, żeby się nie zniechęcić; 12-15 lat po ślubie: 5-te dziecko i dwa adoptowane. Kto się cieszy? Pan Bóg, bo jeśli tyle dzieci, to może jeden chłopak pójdzie do seminarium, a jedna dziewczyna do zakonu; 20 lat po ślubie: nowe dziecko, bo to było marzenie tego małżeństwa, żeby w późniejszym wieku przeżyć tzw. późne macierzyństwo.

Interpretacja ekonomiczna tego wydarzenia społecznego może być taka: 1. Pierwsze dziecko matka chciała jak najdłużej wychowywać sama, czyli przynajmniej bez żłobka. To się udało, ponieważ mąż, jak powiedział w pracy o tym, że żona jest w ciąży, otrzymał propozycję podniesienia kwalifikacji, którą to propozycję przyjął. Przeszedł szkolenie i dostał lepsze stanowisko (zarobił autor szkolenia, szkoleniowiec, szef, bo jego pracownik mając wyższe kwalifikacje pozwolił mu na pozyskanie lepiej płatnych zleceń oraz mąż); 2. Pojawienie się w rodzinie drugiego dzidziusia zainspirowało mamę do założenia własnej działalności gospodarczej, ponieważ dalej chciała być w domu przy dzieciach. Otwarła mały żłobek co pozwoliło jej cieszyć się nie tylko dziećmi, ale pracą i jakąś niewielką kwotą zysku; 3. Przy trzecim dziecku przekwalifikowała żłobek na przedszkole i tak już zostało na dłużej; 4. Tata zarobił tyle, że już było wiadomo, iż będzie ich stać na adopcję 1 lub dwóch dzieciaków. Zdecydowali się przyjąć jedno dziecko niepełnosprawne, bo poznali takiego dzieciaka akurat na wózku, który rewelacyjnie dogadywał się z innymi dziećmi, a oni go bardzo pokochali, na dodatek wymarzył dla siebie na jego dorosłe życie pracę... właśnie w przedszkolu. Chciał uczyć dzieci zarówno akceptacji cudzej niepełnosprawności jak i tego, że ludzie na wózku często są bardziej szczęśliwi, niż ci zdrowi, bo umieją się życiem cieszyć (nie wiadomo czemu tak jest, ale faktycznie tak jest), a na dodatek też mogą się przydać, np. starszym dzieciom mogą udzielać korepetycji. Drugie adopotowali zdrowe. Dziewczyna przyszła do ich rodziny z... posagiem, o czym dowiedzieli się już po adopcji. Będąc w sierocińcu trafiła na człowieka, który nie mógł jej adopotować, choć ona bardzo tego chciała, ale zagwarantował jej, że jeśli będzie kiedyś chciała studiować ogrodnictwo, to on jej za te studia zapłaci, a potem ma zapewnioną pracę w jego rodzinnej firmie, która istnieje już 100 lat, i prawdopodobnie będzie istnieć dalej; 5. Piąte dziecko nauczyło się w domu wszystkiego, bo takie jego dom rodzinny dawał możliwości o czym nikt w ogóle nie myślał. Oczywiście nie chodzi o naukę w szkole, ale o naukę radzenia sobie w życiu w różnych sytuacjach. Po prostu jedni robili to, drudzy coś innego, a dzieciak rósł i jak skończył studia, to już naprawdę „wszystko” umiał, bo zawsze chętnie pomagał (umiał więc biegle dwa języki, świetnie rozumiał przedmioty ścisłe, znał dobrze historię, sztukę, literaturę, umiał gotować, sprzątać, prasować, zajmować się ogrodem, był świetnym kierowcą itd.). Pewnego dnia spojrzał w lustro, w kalendarz, chwilę się nad sobą poważnie zastanowił i... autentycznie poszedł do seminarium; 6. Najmłodsza dziewczynka wyszła bardzo szybko za mąż, bo „wpadli” z dzieckiem, na dodatek okazało się, że to bliźniaki. Oboje mieli po 18-cie lat, kiedy poszli „na swoje”; 7. Przy starszych rodzicach została najstarsza córka, ponieważ mogła, gdyż okazało się, że ma powołanie do jednego ze świeckich instytutów życia konsekrowanego. Jeden z synów ożenił się ze Szwedką i wyjechał na stałe właśnie do Szwecji; 8. Dużo ludzi po drodze sporo zarobiło. Gdyby nie było tej rodziny i tylu w niej dzieci, nic takiego by się nigdy nie wydarzyło. To oczywiście tylko skrót tej historii, a cała ta „bajka” jest przeze mnie zmyślona. Po prostu jest to bajka pro-vie. Zauważyłam, że jest całkiem OK.

Dziś zauważyłam jeszcze coś: zniknęło moje konto na pewnej uczelni (mówiąc dokładniej: na panelu wydawniczym), poprzez które zgłosiłam artykuł do recenzji. Minęło już kilka lat od tamtego zgłoszenia inikt nigdy do mnie w tej sprawie się nie odezwał, więc myślę, że sprawa tej publikacji w czasopiśmie naukowym jest definitywnie zaprzepaszczona. Aktualnie próbuję to wyjaśnić. Jeśli sprawa się potwierdzi, artykuł udostępnię na tym blogu w pliku pdf. Dlatego, że go bardzo lubię i chciałabym się nim podzielić przynajmniej z Czytelnikami mojego bloga. Tymczasem inny mój artykuł jak najbardziej wciąż można przejrzeć, a nawet przeczytać. Dotyczy podmiotowości. To pierwszy w moim życiu artykuł naukowy. Drugi znajduje się w książce Manipulacja, sekty i alternatywne formy religijności – w kierunku profilaktyki społecznej, tom II, Profilaktyka psychomanipulacji, a zatytułowałam go Uciec z sekty, wydostać się z synkretyzmu (Toruń–Wrocław 2015). Na dzień dzisiejszy nie znajduję go w internecie, czyli nie jest dostępny online.

28 maja 2019

W Polsce w 1-szej połowie lata 90-tych XX wieku mało kto zdawał sobie sprawę z różnego typu duchowych niebezpieczeństw (duchowych, czyli wynikających z jakiś rozumnych aktów woli, decyzji podejmowanych w ciemno, czyli bez wystarczającej ilości informacji). Kto się cieszył wydarzeniami 1989 roku, spontanicznie przyjmował to co do nas wtedy przychodziło. A nie wszystko co przychodziło było dobre. Tzw. słyszenie duchowe tylko w wyjątkowych okolicznościach można uznać za dar Boży i część mistyki. W naszych realiach dużo lepiej ten dar jednak kwestionować (tak długo, aż łaska Boża zwycięży to kwestionowanie), ponieważ może to być skutek różnego typu prób kontroli umysłu, co było nam podawane w opakowaniu dobrym, czyli np. jako różnego typu metody podnoszenia efektywności pamięci. Temu można się przeciwstawić (decyzją woli). Przeciwstawienie się temu skutkuje większą prawdą na ten temat: jeśli to przeciwstawienie się sprawia jakieś poważne cierpienie umysłu, wtedy to nie jest słyszenie duchowe pochodzące od Boga. Ta sama rzecz dotyczy duchowego widzenia.

Zdrowa wyobraźnia pracuje w bardzo konkretny i dający się zwerbalizować sposób.

Koncepcja Internetu, z tego co pamiętam, pierwotnie miała polegać na tym, że ludzie mieli sobie tworzyć swoje strony, a jeśli to co zrobili było społecznie zaakceptowane i uznane za godne rozpowszechniania, można było takie strony gratyfikować linkiem. Teraz jest inaczej, ponieważ teraz uważa się, że link do cudzej strony podnosi atrakcyjność nie strony do której jest ten link, ale strony, która linkuje.

27 maja 2019

Żyjemy w czasach, w których nie tylko chrześcijanie są prześladowani, ale też przyroda, natura i cywilizacja, czyli prześladowany jest człowiek jako taki. Brokuł, jak truskawka, jest pewnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Nie każdy wie, że jego łodyga jest po obraniu tak dobra, jak młoda kalarepa. Lubię ją ja, przepada za nią mój pies. Jednak ostatnio i tego zaczyna brakować. Brokuły zaczyna się sprzedawać z krótszą łodygą. Dlaczego?

Decybele w dużych ilościach są dla człowieka szkodliwe. Jeśli się tłucze szkło, to trzeba chronić uszy. Jednak można wiele zrobić wcześniej, zanim szkło recyklingowe będzie sie nadawało już tylko na stłuczkę szklaną. Wystarczy zauważyć, że niektóre formy słoików rewelacyjnie się składają, więc można je kleić (silikonem) i robić z nich luksfery do osadzania w zaprawie murarskiej. Wystarczy tylko, żeby różni producenci porozumieli się co do formy słoików i takiego materiału, i będzie bardzo, bardzo dużo słoików nie do wyrzucenia, ale do zaniesienia do skupu, jeśli ktoś taki skup w ogóle zrobi. Gdyby ludziom się nie chciało nosić słoików do skupu, mieli by co robić np. bezdomni.

Inny temat mi się przypomniał: kilka lat temu wysłałam pewnemu zgromadzeniu pomysł na ratowanie ludzi zagrożonych eutanazją. Nigdy ci zakonnicy mi nie odpowiedzieli. Wysłałam do nich też, za jakiś czas, prośbę o odpowiedź i dołączyłam kopertę ze znaczkiem. Też nic. A tak naprawdę chyba tylko zakon karmelitański ma w regule milczenie. Na przestrzeni kilku lat dużo wysłałam listów z bardzo ważnymi sprawami, ale nigdy nie otrzymałam odpowiedzi. napisałam też w sprawie pewnej kobiety, która prosiła o pomoc, ponieważ znalazła się w więzieniu po tym jak próbowała ratować poczęte życie ludzkie. Zaproponowałam w jaki sposób można by starać się o jej uniewinienie. Wysłałam za ocean tłumaczenie przysięgłe listem poleconym ze zwrotką. Wysłałam także e-maila na podany w katolickim czasopiśmie adres. Żadnego odzewu. Nawet zwrotka nie wróciła. A kiedyś mi się zdarzyło (w innej sprawie), że zwrotka nie wróciła, ale za to dostałam odpowiedź. Z pewnego państwa w Europie, a nawet w Unii Europejskiej, listy idą do Polski przez jeszcze jedno państwo, a nie bezpośrednio. Na dodatek pocztą nie tego państwa, ale jakąś prywatną, polską. Paczki natomiast wcale nie dochodzą (nie są w ogóle awizowane i wracają do nadawcy) lub dochodzą zniszczone. Zamówienia z e-księgarni. Też nie wiem co o tym myśleć lub moja opinia na ten temat jest następująca: ktoś nas wrabia z ezoteryzm!, podczas gdy chrześcijaństwo w ogóle nie jest ani ezoteryczne, ani okultystyczne, czyli na moje wyczucie nie są to bez znaczenia życiowe wydarzenia, o czymś mówią, nie wiem o czym, ale na pewno przyda się modlitwa do św. Michała Archanioła Święty Michale Archaniele...

Wychowano mnie na prawdzie o tym, że o ludziach dobrze jest mówić, a nawet trzeba mówić, byle mówić o nich właśnie dobrze. Teraz nie mogę powiedzieć nic, bo obowiązuje mnie ustawa zamykająca mi usta, więc tylko tyle mogę: przed laty, pewien ksiądz zawsze był w pewnym kościele o pewnej godzinie, więc jeśli komuś się wszystko waliło w jego życiu, mógł wsiąść w tramwaj i przyjechać nawet tego dnia, w którym go spotkało jakieś nieszczęście, i pogadać. Długo się czekało, bo dużo było zazwyczaj ludzi z problemami, ale ten ksiądz nigdy nie powiedział: "nie mam dla ciebie czasu". Brakuje takich księży, czyli brakuje powołań. Mówienie o różnych życiowych historiach dotyczących konkretnych ludzi jest naturalną profilaktyką chorób pamięci, a teraz jak mamy tę pamięć naszą gimnastykować? Bez podania imienia i nazwiska nie będzie wielu anegdot, bo zabraknie kontekstu, czyli historia nie będzie zabawna, a śmieszne historie na dodatek chronią przed depresją. Wiem, że ustawa o ochronie danych osobowych nie sięga poza czyjeś odejście do nieba, ale też nie wiem czy to dobrze, bo historie nasze ludzkie są godne szacunku za naszego życia i potem też. Dlaczego nie? Nie oburzam się. Tylko się zastanawiam.

Dlaczego tylko u nas, w Polsce, jest smog? Widziałam kiedyś taką mapę Europy, na której tylko Polska była zaznaczona jako całkowicie zatruta smogiem.

24 maja 2019

Zauważyłam, że zajmowanie się recyklingiem wzmacnia radość życia. Myślę, że w ten sposób natura się „odwdzięcza” temu, kto chce ją ratować i w jakiś, choćby maleńki sposób, ją ratuje. W naszych czasach można zauważyć, że choć nieodnawialne dobra naturalne mogą się kiedyś skończyć, mamy dobra cywilizacyjne. Tylko, że jeszcze tego nie umiemy docenić. Papier, plastik, szkło to nie jest nieszczęście, ale dobro! Papier z tych dóbr jest najłatwiejszy do zrozumienia. Najgorzej nam idzie z plastikiem, ponieważ robimy go za dużo i wciąż nas przeraża jego trwałość, a jego dużą wadą jest jego toksyczność. Z toksycznością jakoś się uporamy. Coraz więcej jest plastików bezpiecznych. Osobiście najgorzej sobie radzę ze styropianem. Przygnębia mnie jak go widzę, ponieważ wiem, że jednak jest szkodliwy i można z niego dość łatwo zrezygnować. Ale można się pogodzić z plastikiem, który nie jest szkodliwy, ale też nie jest biodegradowalny. Wymyśliłam, że można go przetwarzać metodą niskotemperaturową przez jakieś rozdrabnianie. Wtedy może on stanowić wypełniacz jakiś lżejszych elementów konstrukcyjnych. Z plastiku typu pp, np. z nakrętek po napojach, można robić metodą mielenia i sprasowania w podwyższonej temperaturze jakieś kolorowe klocki dla dzieci. Wielkogabarytowe formy plastikowe nietoksyczne i nie poddające się biodegradacji (chyba mam teraz na myśli polistyren, musiałabym sprawdzić, ale nie bardzo mam na to czas) można rozdrabniać na małe kawałki i może wypełniać nim elementy konstrukcyjne do mocowania na stałe w wodzie, np. konstrukcje pod farmy fotowoltaiki przy brzegach morskich itd.

22 maja 2019

Dziś mam imieniny. Prawie nikt o tym nie wie, ponieważ imię to wypadło z tej daty w kalendarzach w Polsce jakimś zbiegiem okoliczności dość szybko po tym, jak się okazało, że mam tak na imię (to oczywiście żart), ale w pewnej wiarygodnej książce odnalazłam tę datę i jej zrozumiałe dla mnie uzasadnienie. Świątobliwą Renatę, księżniczę bawarską, w końcu jakiś „cudem” zaakceptowałam (naprawdę nie bez trudu), zastanowiłam się nad moją prawdą genetyczną (1/16 genotypu z Niemiec, a 1/2 z Zakopanego, wszelka większość z Krakowa), wzmocnienie dla tej daty dał św. Jan Paweł II, więc znów dziś są moje imieniny, jak w dzieciństwie. Rzeczy (stare, nowe) mogą być i często są jednoznacznie dobre, np. sprasowane włókno kokosowe, czyli tzw. sprasowana ziemia, które po zmoczeniu wodą powiększa swoją objętość kilkakrotnie i jest podłożem dla roślin. Nie ma w tej rzeczy ani „grama” czegoś negatywnego. Ale bywają też rzeczy, które nie są jednoznacznie dobre, np. rośliny czy grzyby trujące. Czy należy więc je z przyrody usunąć? Nie!, ponieważ mogą być kiedyś potrzebne, jak np. te rośliny, z których odrobiny robi się lekarstwa, choć teraz nie wiemy na jakie choroby i jakie składniki. Kwestia ilości. Czy powinny nas zarosnąć same cisy, które są bardzo ładne, ale których owoce są silnie trujące? (kilka lat temu mój pies wziął dosłownie na moment owoc cisa do pyska i cały dzień wymiotował; nie powinno się sadzić cisów tam, gdzie bawią się dzieci) Nie! Powinno ich być malutko i wszyscy powinni wiedzieć, że są trujące!

(...)

21 maja 2019

Zauważyłam, że mamy wpływ na jakość ludzi, którzy nas odwiedzają. Targetem nie do pogardzenia są małżeństwa, które pragną w warunkach nielękotwórczych, począć ich maleństwa. W Krakowie nie ma takich warunków. Ludzie chodzą w koszulkach lub czapeczkach z trupimi czaszkami, albo jeszcze gorzej. W sklepach żywność opakowana w różnego sortu makabrę. Od niektórych reklam można dostać ciężkiej psychozy. Prawie nikt już nie szanuje naszej, wynikającej z naszej chrześcijańskiej tożsamości, wrażliwości. "Podaje się" w ten sposób ludziom "do wierzenia" aniołki i diabełki, podczas gdy my się wyrzekamy diabłów, a wierzymy w Boga! W Polsce się śpiewa "My chcemy Boga, Panno Święta"! To jedna z moich ulubionych pieśni z dzieciństwa. Co się stało z siostrami zakonnymi, z księżmi, których mijam na ulicach. Nauczono mnie w dzieciństwie na lekcjach religii, żeby zawsze mijając siostrę zakonną lub księdza powiedzieć przynajmniej "szczęść Boże!", ale najlepiej "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Kto tak powiedział zawsze otrzymywał odpowiedź, a często też serdeczny uśmiech. Teraz można mówić i mówić, i nic. Już nie mówię, bo może zmieniła się katecheza na ten temat, a ja wypadłam z bieżących o tym informacji, więc żeby się nie błaźnić już milczę. Chyba, że mijam starszą siostrę lub starszego księdza to nie milczę i nie żałuję, że nie milczę. Dziękuję, że jeszcze są tacy księża, którzy odpowiadają. W górach dawniej też były poważne zasady dotyczące pozdrawiania. W górach, na szlaku, gospodarzom przy mijanych domach mówi się w Polsce "Szczęść Boże!". Taki jest nasz polski zwyczaj, który znam i "praktykuję" od dzieciństwa. W Austrii natomiast jest jeszcze lepiej: wszyscy pozdrawiają się mówiąc sobie nawzajem "Szczęść Boże!" Te zwyczaje trzeba pielęgnować.

Jeszcze jedno jest trudne do zrozumienia: "nie bać się czegoś" rzadko oznacza "mieć to zawsze przy sobie", ale najczęściej "przezwyciężyć", więc może porzucić, przestać na czymś skupiać uwagę, nie myśleć o czymś, sprawdzić czym coś jest naprawdę, bo może niczym strasznym itd. My, katolicy, nie boimy się Krzyża Chrystusowego, ale to znowu nie znaczy, że nas trzeba męczyć, bo bez męczenia nas nie będzie chrześcijaństwa. Nie na tym polega relacja z chrześcijaństwem. To jest błąd! Pan, nasz jedyny Zbawiciel, jest już za nas umęczony, więc my żyjemy po to, żeby żyć szczęśliwie. Mamy prawo się bronić, jak każdy człowiek. Relacja z chrześijaństwem polega na podmiotowości, na wzajemnym szacunku. Pokolenie moje (mam akurat 50 lat) i pokolenie moich Rodziców nie jesteśmy winni czasów w jakich się urodziliśmy! Nie wiem czy w czasach, które przyjdą znajdą się świadkowie tego typu problemów, z jakimi mi się borykaliśmy od urodzenia, a może to się okazać Wam, młodszym, jednak kiedyś potrzebne. Dwa różne pokolenia niosą dwa różne doświadczenia. Jeśli nie zadbacie o nas, to naprawdę przepadnie. Milczymy, bo nasza wrażliwość nie wytrzymuje tego z czym musimy się na codzień mierzyć. Czasem tylko jeszcze milczenie pozwala nam jakoś dalej żyć. Tak, to prawda, przerażają nas i wykańczają nawet tatuaże, na które czy chcemy czy nie musimy patrzeć oraz wszelkie standardy, które nie uwzględniają w tzw. normalności jakiejkolwiek słabości. Pozornie nie ma problemu. Po prostu my umrzemy wcześniej. Nie w sensie, że wcześniej od Was, bo kto kiedy to wie tylko Pan Bóg, ale wcześniej niż powinniśmy (czyli z powodów, które nie są wolą Bożą). Stres, którego doświadczamy na codzień sprzyja wszelkim uzależnieniom, zawałom serca, chorobie Alzheimera, tyciu, depresji, rozwodom, samotności itd.

20 maja 2019

Ofiara ciężkiej przemocy psychicznej, a ja jestem taką ofiarą od wielu już lat, i to - że tak powiem - „chroniczną”, nie może najtrudniejszych dla niej spraw załatwiać odrazu, ponieważ mierzenie się z ciężką niesprawiedliwością bardzo obciąża serce. Musi taka ofiara najpierw "zadbać o siebie", bo jak tego nie zrobi, nie podoła wcale, a chce podołać. Przykład takiej niesprawiedliwości, która najpierw wydawała się bez znaczenia (w porównaniu z innymi formami przemocy jakich taka ofiara doznała) okazała się nią dopiero w następnej sprawie, w sprawie o stwierdzenie nieważności pewnego małżeństwa (wyrok z 2004 roku) i mogę go podać z uzasadnienia tego wyroku rozwodowego. W uzasadnieniu wyroku napisano: "strony po ślubie zamieszkały w Krakowie", a fakty były inne "strony zamieszkały razem dopiero po ślubie kościelnym, trzy miesiące po ślubie cywilnym, ponieważ stronom zależało na czystości ich związku małżeńskiego. Robiły co tylko mogły, żeby tej czystości dochować i począć upragnione pierwsze dziecko w związku małżeńskim sakramentalnym". Co dalej nie jest pełną prawdą o zaistniałej sytuacji.

Jeśli chodzi o moje wstępne hipotezy na temat rozpoznawania prawdziwych ofiar różnych ukrytych form przemocy, od kilku lat mam wciąż niewykluczoną z przestrzeni prawdopodobieństwa hipotezę o skutkach zabaw w radiestezję we wczesnej młodości, które polegają na ciężkim zniewoleniu doprowadzającym do natręctwa myśli o czynie aborcji w kontekście własnej osoby w wieku dorosłym. Np. "lepiej żebym nie była w ciąży, bo nie wiem czy nie przyjdzie mi na myśl jej przerwanie. A jak nie jestem w ciąży, to nie ma problemu". Jednak dobro naprawdę jest silniejsze, więc instynkt macierzyński, który z natury swojej budzi się stopniowo, przezwycięża tego typu okrutne pokusy, a o ileż bardziej i skuteczniej, jeśli człowiek żyje w łasce uświęcającej.

Jako katoliczka od niemowlęctwa chcę powiedzieć, że Kościół Rzymskokatolicki jest mądry, piękny, a bywa zachwycający. Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium wyjaśniła ni przeda laty sprawy, z którymi sobie naprawdę nie radziłam, więc zacytuję niektóre z tych fragmentów: Ponadto ten sam Duch Święty nie tylko poprzez sakramenty i posługi uświęca i prowadzi Lud Boży i przyozdabia cnotami, ale «udzielając każdemu tak, jak chce» (1 Kor 12,11) swoich darów, rozdziela między wiernych w każdym stanie także specjalne łaski, przez które czyni ich zdolnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą skuteczną rozbudowę Kościoła, zgodnie ze słowami: «Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra» (1 Kor 12,7). Ponieważ wszystkie te charyzmaty, zarówno niezwykłe, jak i te bardziej zwyczajne, szerzej rozpowszechnione, są bardzo stosowne i potrzebne Kościołowi, dlatego trzeba je przyjmować z wdzęcznością i radością. (...) Nie dostępuje jednak zbawienia, chociażby był wcielony do Kościoła, ten kto trwając w miłości, pozostaje wprawdzie w łonie Kościoła ciałem, ale nie sercem. W tym dokumencie jest sporo genialnych tekstów. Jeszcze ten chciałabym tu przedstawić: Ale plan zbawienia obejmuje także i tych, którzy uznają Stworzyciela, wśród nich głównie mułzumanów; oni bowiem wyznając, iż zachowują wiarę Abrahama, czczą wraz z nami jedynego i miłosiernego Boga, który będzie sądził ludzi w dniu ostatecznym. Także od innych, którzy szukają Boga po omacku i wśród cielesnych wyobrażeń, sam Bóg również nie jest daleko, skoro daje wszystkim życie, tchnienie i wszystko (por. Dz 17,25-28), a Zbawiciel chce, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni (por. 1 Tm 2,4). Ci bowiem, którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusa i Jego Kościoła, szczerym sercem szukają jednak Boga, a Jego wolę poznaną przez nakaz sumienia starają się pod wpływem łąski wypełniać w swoim postępowaniu, mogą osiągnąć wieczne zbawienie (Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna o Kościele «Lumen gentium», Wrocław 2004, s. 49-50, 57.

Ukryte formy przemocy to nie tylko psychomanipulacje. Jedną z najniebezpieczniejszych ukrytych form przemocy jest przemoc werbalna lub niewerbalna w cztery oczy. Tekst w stylu "jeśli zaczniesz rozpowszechniać swoją książkę, możesz mieć kłopoty". Może być ostrzeżeniem, ale może też być zastraszeniem. To nie zdarza się często, ale jak się zdarzy, znaczenie w dużej mierze zależy od tego kto to mówi oraz od tego kto to słyszy. Dygresja: W konteście ratowania życia ludzkiego i godności ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci można powiedzieć o takim zjawisku z dwoma możliwymi jego interpretacjami w tej przestrzeni: wszelkie kulki wielkości kobiecego jajeczka aktualnie są psychozą świata na bardzo poważny temat, ale powinny być afirmacją życia (mam na myśli posypki na torty). Jednak wracając do dzisiejszego przykładu o ukrytych formach przemocy mogę powiedzieć, że interpretacja również może pójść co najmniej w dwóch-trzech kierunkach. Najprościej jest tak: 1. „ty mnie kochasz?” lub 2. „ty mnie nienawidzisz?”, ale też 3. „czy ty mnie kochasz, czy nienawidzisz?”. Dlaczego tak można? Dlatego, że po tego typu tekście nie może dojść do zakochania w tej relacji (taki tekst amputuje z danej relacji prawdziwe uczucie zakochania, więc już nie ma się czym przejmować i można użyć pozostałości do wyjaśnienia sprawy), ponieważ zakochanie w tego typu niewyjaśnionej relacji jest na 100% mechanizmem obronnym, a nie początkiem prawdziwej miłości.

W każdym razie mniej więcej tak rozumiem ukryte formy przemocy, natomiast psychomanipulacje rozumiem inaczej. Jakimś obrazem mojego rozumienia psychomanipulacji może być sytuacja na drodze, kiedy kierowca wygraża komuś pięścią wyprzedzając go na podwójnej ciągłej, chociaż wyprzedzany jedzie prawidłowo. Nie ma wątpliwości, że robi źle, ale nie ma świadków i jest to bardzo przykre, a nawet szkodliwe dla ofiary.

Jeśli chodzi o szczęśliwe wydostawanie się z sekt, mogę jeszcze coś dopowiedzieć: po pierwsze to na pewno jest możliwe (człowiek może szczęśliwie wydostać się z jakiejś sekty), po drugie wydostawanie to polega najpierw na chwyceniu się obiektywnego dobra, czyli np. na zwróceniu się do Boga z prośbą o pomoc (np. tyle: "proszę Cię, Boże, pomóż mi", a my, katolicy, "proszę Cię, Boże, pomóż mi"), po trzecie jeśli naprawdę ktoś wydostaje się z sekty, nie będzie miał możliwości w porządku naturalnym udowodnić swoim oprawcom winy (jeśli zdoła udowodnić, nie wydostawał się z sekty, ale z innych relacji), po czwarte jeśli naprawdę ktoś wydostał się z sekty, wydostał się trwale. Nie zagraża mu już żadna sekta!, ponieważ to wydostanie jest jak dożywotnia szczepiona przeciw sektom. Tu temat się kończy!!! Już następnym tematem są duchowe konsekwencje, których doświadcza osoba, która przeszła tego typu horror. I inne niebezpieczeństwa na horyzoncie zdarzeń. Może potrzeba mefatory: człowieka, który nie chce być w sekcie sekty... wyrzucają! Wydostaje się więc ofiara (osoba poszkodowana) z nihilizmu i... okazuje się, że... istnieje (uświadamia sobie fakt własnego istnienia). No i po jakimś czasie wszystko wraca do jako takiej normy. Człowiek jest żywy, fakt że ciężko pokaleczony, a potem ma bardzo dużo różnych blizn, ale blizny na pewno nie dają remisji. Moje kilkanaście lat (dokładnie 19 lat) rozeznawania sekt, które podjęłam ze względów koniecznościowych (chciałam się ratować, jak się zorientowałam, że coś mnie niszczy, ale nie wiedziałam co) pozwala mi powiedzieć, że sekty się zerują, czyli człowiek okazuje się wcześniej czy później tylko POSZKODOWANY! Jeśli jest inaczej, nie jest to sekta. Tyle. KONIEC

Gdyby układało się pomyślnie w moim życiu duchowym, teraz wyglądałabym mniej więcej tak jak na zdjęciu, ale nie mam zgody na noszenie do moich lnianych sukienek, które zresztą szyję sama, welonu. Moja głowa naprawdę potrzebuje osłony. Mówiłam prawdę pisząc, że bez welonu cierpię. Bez osłoniętej głowy cierpię już kilkanaście lat. Te kilka godzin przez które miałam welon w domu na głowie było prawdziwą ulgą w moim cierpieniu duchowym, a nie fizycznym, bo w perspektywie naturalnej jest to trud i uciążliwość. Zwłaszcza, że nie umiem go nosić, bo nigdy wcześniej welonu nie nosiłam. Potrzebuję welonu jak bandaży na rany, a nie jak królewna dekoracji.:

Autoportret

17 i 18 maja 2019

Powiedzenia, przysłowia z całą pewnością niosą dużo życiowej mądrości, ale też są - że tak powiem - krótkie, tzn. nie da się długo żyć na pokarmie, który dają te dobra kultury. Powiedzenie „nieobecni są winni” może być rozumiane nawet jako społeczny szantaż: „musisz się trzymać z ludźmi, bo jak nie, to zrobią z ciebie kozła ofiarnego”. Inne rozumienie tego powiedzenia może być takie: ”ludzie mają skłonność do obwiniania tego, kogo nie ma z nimi”. Oba wyjaśnienia są jednoznaczne: ludziom się należy ograniczone zaufanie, ponieważ naprawdę mają różne swoje ograniczenia. Pointa: jak mnie czytają tylko roboty, to mam przechlapane. Bo czym jest blog jak nie byciem z ludźmi?

A propos jednego z akapitów, które napisałam w "zimną Zośkę" mam coś do dodania: Jeśli wydarzyła się jakieś parze prawdziwa miłość i miłość ta znalazła korzystne warunki dla dojrzewania, to oczywistym jest, że szczytem tej miłości jest pragnienie dziecka. To jest oczywiste! „Chcę mieć dziecko” jest wtedy wyznaniem miłości mężowi, on nie ma na ten temat najmniejszych wątpliwości, a rozumie to wtedy tak: „Miłość nasza jest piękna i silna. Czuję, że znów mam jej nadmiar i mogę podjąć trud noszenia w łonie naszego nowego maleństwa, urodzenia go i wychowania. Oczywiście razem z Tobą”. Jeśli natomiast matka, którą mąż porzucił dla innej, więc się rozwiodła, mówi do swojego dziecka, że było dzieckiem chcianym i to przez oboje jego rodziców, czyli i przez mamę i przez tatę, mówi temu dziecku to samo, ale w wersji dla dziecka. Takie teksty matki do dziecka są opatrunkiem na dziecka rany, które też zostało porzucone, jeśli jego tata odszedł do innej, ale porzucenie to jest... w wersji dla dziecka. Pod warunkiem, że znajdzie się odpowiedni moment, żeby to powiedzieć. Wierność małżeńska jest obowiązkowa. Inaczej miłość nie pójdzie w kierunku dojrzewania lub się zatrzyma i uschnie! Na co jest narażona zdradzona i porzucona żona, można znaleźć w nauczaniu Pana Jezusa, które jest do przeczytania np. w Biblii Tysiąclecia. Pan Jezus miał na myśli sytuacje, gdy żona ciężko zgrzeszyła, a w naszych czasach porzuca się żony wierne i niewinne. Takie kobiety, jeśli nie znajdą pomocy duchowej, która "udrożni" w nich działanie łaski Bożej, popadają w rozpacz, ponieważ są wierne i niewinne, skazane są na samotność. Mogę nawet powiedzieć, że tylko żony zdradzone i porzucone, wierne i niewinne, są skazane na samotność. Dlatego, że taka jest natura kobiety, naprawdę inna niż natura mężczyzny.

Jeśli natomiast chodzi o moje rozumienie tematów związanych z tzw. przerywaniem ciąży, mogę powiedzieć, że widzę to w następujący sposób: jeśli w jakimś państwie nie ma prawa zakazującego przerywanie ciąży, czyn ten okazuje się „atawizmem”, czynem oddzielonym od wartości moralnej (atawizm jako taki jest wartością dodatnią, afirmującą życie [np. 1. szczenięta naciskają łapkami na gruczoły sutkowe ich matki, żeby mleko lepiej płynęło, 2. pies tupie łapami w swoje legowisko, żeby mu było wygodnie]). Jeśli jest takie prawo, wtedy jest to przestępstwo. Natomiast aborcja oznacza czyn grzeszny polegający na przerwaniu ciąży, czyli dla mnie osobiście pojęcie aborcji jest pojęciem religijnym. Na poziomie ogólnoludzkim powinno się chyba mówić o przerywaniu ciąży. Gdzie tworzą się „atawizmy”, zaczyna brakować naturalnych relacji między ludźmi, a to - według mojej hipotezy - może sprawiać cierpienie z powodu odczucia głodu ( mam na myśli odczucie głodu fizycznego). Wtedy ludzie jedzą dużo więcej, niżby potrzebowali, gdyby relacje społeczne były zdrowe. Wydaje się, że wzrasta konsumpcja, a tak naprawdę wzrasta ukryta rozpacz, która przejawia się właśnie tym odczuciem głodu. Jeśli to odczucie głodu znamy całe nasze życie, i znają je nasze babcie i nasi dziadkowie, to nie jest łatwo się w tym połapać, ale jeśli moja hipoteza jest słuszna, faktem dobra (to skrót myślowy) da się aż tyle zła szczęśliwie przezwyciężyć. Prawna ochrona życia ludzkiego i godności ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci nie zagraża głodem, ale wręcz przeciwnie, przezwyciężaniem go i wzmacnianiem dobra. Do tego jeszcze trzeba wziąć pod uwagę egzystencjalny, na poziomie atawistycznym, horror bycia zaszczepionym w dzieciństwie szczepionkami, które zostały wyprodukowane z użyciem komórek z ciał po przerwanych ciążach (kto potrzebuje nabyć jakiejś większej wrażliwości na tego typu makabrę, żeby zrozumieć o co mi chodzi, powinien „zażyć” odrobinę sztuki T. Kantora).

Dwuznaczności świata są jego naturą. Potrzeba bliskości relacji, żeby ich nie było. Matka wie co mówi jej dziecko, gdy mówi: "Dobrze dziś zjadłem". Ale świat nie wie tego, o czym wie na pewno matka. Bierze pod uwagę dwie możliwości: albo dzieciak jest niejadkiem, albo rodzina jest bardzo biedna i nie zawsze dzieci dostają dużo do jedzenia. "Pewnie dzieciak jest niejadkiem" jest błogosławieństwem, ale wniosek "pewnie rodzina jest zbyt biedna, żeby zadbać o swoje dzieci" na pewno niesie tej rodzinie kłopoty. A dziecko nic złego nie powiedziało. Pointa: jest taka piękna legenda o Krakowie, w której główną rolę pełni biały pocztowy gołąb. To jest naprawę piękna legenda, ale trzeba się z jej zrozumieniem przedrzeć przez bardzo trudne sprawy. Jednak nagrodą za trud jest odkrycie prawdziwej jednoznaczności (cechą jednoznaczności jest to, że odnajduje się ją z trudem): biały gołąb to dobra wiadomość.

Kobiety w wieku 45-55 lat, jeśli faktycznie cierpią z powodów niewiadomo jakich, ale na pewno cierpią i to makabrycznie, i to w samotności, mogą sobie próbować rozeznawać czy nie miały przypadkiem w młodości powołania do życia w klasztorze klauzurowym po zauważaniu co w ich życiu oznacza zdanie: "nie chcę cię widzieć". Trzeba być w łasce uświęcającej, żeby to dobrze rozeznawać. Inaczej manowce.

16 maja 2019

Przebaczenie może być szczęśliwe na dwa sposoby: 1. może być początkiem drogi do pojednania, 2. może być początkiem szczęśliwego rozstania. W obu przypadkach potrzeba czasu na zagojenie ran. Jeśli ten, kto przebaczył mówi, że jemu jest właściwie wszystko jedno, znaczy to, że coś się definitywnie skończyło. W sytuacjach bardzo trudnych, czyli w miłości prawdziwej, która zabrnęła w aż makabryczne haszcze, wtedy właśnie przestaje się cierpieć. Tego typu sytuacje nie są psychomanipulacją, ale prawdą: jeśli coś się skończyło, to tego nie ma, a doświadczenie tego czego nie ma sprawia, że nie odczuwa się cierpienia, np. tęsknoty. Co jest rękojmią tej prawdy? Właśnie przebaczenie. Tęsknota chyba jest nadzieją, ale o tym też na razie nie powinnam mówić. Aż moja sytuacja się jakoś z sensem wyjaśni, bo na razie nie ma sensu, ale wciąż się trzymam, czyli jeszcze cierpię, a więc nie jest mi jeszcze wszystko jedno. Jednak jeśli to cierpienie jest tylko jednostronne, znaczy że kompletnie się pomyliłam w moich rozeznaniach i faktycznie jestem człowiekiem życiowo godnym ubolewania. Człowieka naprawdę trzeba szanować. Stolica Apostolska mnie szanuje. Problem polega na tym, że uważam, iż ta odmowa w Krakowie, kolejna, imprimatur, która pozostaje dla mnie niezrozumiałą i wciąż pozbawioną uzasadnienia, sprawia cierpienie sztuczne i bezsensowne, niepotrzebne! Niszczy coś czego za chwilę już się nie uda uratować. Nie mogę się obronić, bo nie znam argumentów tej druzgocącej krytyki, więc tylko niszczeję (śnią mi się już koszmary [ostatni raz tego typu problemy miałam w 2001 roku], serce mam znów rozkołatane, nie mogę zebrać myśli, cały mój trud dwóch przeprowadzek dla rehabilitacji mojej pamięci właśnie idzie na marne, więc piszę bloga, żeby ratować teraz chociaż siebie [usprawniam na nowo pamięć, która mi się znów bardzo pogorszyła po szoku tej odmowy]). Zwłaszcza, że książką tą walczę o modlitwę wstawienniczą w intencji Ojca Świętego, na którą szanse tym sposobem znacznie maleją, ponieważ mnie ta cała sytuacja jednak załamuje i muszę szukać środków do życia innych, niż te na które liczyłam ze sprzedaży tej książki. Znam dość dobrze duchowość ignacjańską i wiem, że charakteryzuje się ona dość wyraźnie tym, że kładzie przed człowiekiem dwie możliwości wyboru: tylko jedna z tych możliwości jest błogosławieństwem. Dla mnie list, który skierował mnie ze Stolicy Apostolskiej do Kurii w Krakowie - w konteście zawartych w mojej książce treści - jest darem, prezentem dla Polski, a nie prośbą, żeby się ze mną rozprawić na miejscu.

Wbrew pozorom to jest bardzo ważna umiejętność: kwestionowanie tego co wydaje się oczywiste i rzekomo nie wymaga dalszego zastanawiania się. Podam dość makabryczny, ale wydaje mi się, że i dość dobry przykład: pewien biskup chciał swojemu "podwładnemu", czyli zwykłemu księdzu w jego diecezji, powiedzieć coś co by go duchowo podbudowało, podtrzymało w jego trudnościach, więc powiedział: "Chciałbym, żebyś pracował tu i równocześnie też gdzie indziej". Jeśli się to zrozumie na poważnie i bez miłości (mam na myśli bezinteresowną serdeczność), dojdzie się do wniosku, że biskup chyba zwariował, bo wprzęga dosłownie w galery!" Jeśli się to zrozumie na niepoważnie, już będzie trochę lepiej: "Bardzo zabawne. A niby jak? Może mam się rozdwoić" (na to można się spodziewać odpowiedzi w stylu: "Właśnie, naprawdę brakuje powołań. Tyle jest roboty", i dalszego ciągu sensownej rozmowy). Ale można to zrozumieć jeszcze inaczej, na poważnie i z miłością. Tylko, że to nie zawsze nadaje się do wypowiedzenia: "Tobie, Księże Biskupie, na mnie naprawdę zależy. Dotąd nie byłem pewny, czy faktycznie dobrze pracuję, choć ludzie nie raz mi to mówili".

15 maja 2019

Państwo jako takie jest kulturowym dobrem ludzkości o wysokiej jakości tego dobra, więc trzeba je pielęgnować i ochraniać. Nie wiem, a raczej skłaniam się do myślenia na nie o sądach arbitrażowych, ponieważ właśnie one mogą w zbyt dużym stopniu przekazywać władzę ludziom. Ludzie z sąsiedztwa mogą się okazać lepsi niż państwo i pojawią się nie tylko nowe plemiona, ale też plemiona zagrażające państwu. Osobiście nie szłabym dalej z oddawaniem władzy w ręce ludzi, niż mediacje. Zwłaszcza, że mediacje mogą się rozwinąć w wielu odmianach. Nie tylko jako mediacje sądowe, ale jeszcze bardziej jako tzw. mediacje przedsądowe. Sąd lub mediacje, i tyle. Mam na myśli ochronę państwa jako takiego, ale równocześnie także ochronę państwa z trójpodziałem władzy. Nie mam jak włączyć się w Święto Flagi (w Polsce 2 maja), jeśli w państwie, które ma to święto istnieje prawo zezwalające na aborcję lub inne prawa wymierzone w życie i godność człowieka oraz jeśli nie udaje się szczęśliwie przezwyciężyć publicznych profanacji znaków chrześcijańskiego kultu i to na dodatek w państwie, które przyjęło chrzest (krzyża, świętych wizerunków). W pewnym polskim miasteczku wykonano na deptaku piękny obraz, pewnie zupełnie bezmyślnie, którego częścią był wizerunek pewnej świętej. Zauważyłam ten wizerunek jak był już mocno przetarty butami przechodniów. Napisałam pismo do władz tego miasteczka. Była poprawa: ustawiono wokół niego na Boże Narodzenie rząd choinek w donicach z ozdobami wykonanymi przez dzieci. Teraz już nie jeżdżę, aby zobaczyć jak się sprawy potoczyły dalej. Chcę myśleć, że jak najlepiej. Naprawdę wiara chrześcijańska polega na wyrzekaniu się zła (modlimy się do Boga Ojca: zbaw nas od złego), a wierze w Boga Trójjedynego, który jest tylko dobry, a nawet Najlepszy. Ludzie innej wiary, którzy próbują nas zrozumieć, nie mogą sobie ze zrozumieniem tego poradzić, ponieważ często trafiają na tych, którzy sami nie wiedzą i gadają byle co, byle powiedzieć, byle się wykazać na zadany temat. „Tylko dobry” nie oznacza, że Pan Bóg nie zdaje sobie sprawy ze zła, albo że je „wypiera„, ale że naprawdę, obiektywnie jest dobry, czyli nie ma w nim zła i nie czyni zła. Trzeba to dedukować podobnie jak starożytni filozofowie. Bycie grzesznikiem nie polega na tym, że ten, kto postanawia nim być musi robić co jakiś czas coś złego, żeby Pan Jezus miał co gładzić w sakramencie pakuty, ale na tym, że osoba, która chciałaby być grzesznikiem przestaje robić to co uznała, że było z całą pewnością złym jej czynem, a ona w wolności (świadomie i dobrowolnie) postanowiła się z tego nawrócić, czyli przestać to zło czynić. Dopiero wtedy może próbować uznawać się za grzesznika, bo nie zawsze takie próby nawrócenia się udają, zwłaszcza gdy walczymy z jakimś nałogiem, np. z nałogiem nikotynowym, więc jak się znów zdarzyło zapalić papierosa, to wtedy już na pewno się jest grzesznikiem i można pomyśleć o zgłoszeniu się na katechezy przygotowujące do chrztu, na których można się dowiedzieć o grzechu pierworodnym, bo ja nie mam prawa głosu na ten temat, ale mogę właśnie podprowadzić. Pointa: Nie nadają się teorie jungowskie do chrześcijaństwa. Jedynie odrobina z Freuda.

Jeśli chodzi o rozeznanie dla siebie jakiejś wspólnoty czy przypadkiem nie jest sektą, trzeba badać czy nie ma w niej układu typu piramidalnego. Właśnie tego nie może być, jeśli wspólnota ma być nieniszcząca dla człowieka. W profilaktyce naszego przerażenia zaproponowałam jakiś rok temu, żeby zrobić internetowe księgi ochrzczonych, które byłyby dobrowolne i dostępne po zalogowaniu się na jakiś sensowny sposób. Ale to chyba nie chwyciło. W każdym razie miałam na myśli tylko to, żeby osoba, która się przerazi drugim człowiekiem na tematy jakiś duchowych niebezpieczeństw, mogła sprawdzić czy ten przerażający człowiek na pewno jest ochrzczony, bo jeśli jest ochrzczony, tzn. że się tylko broni i sam panikuje, ale nie atakuje. Dobro jest naprawdę silniejsze od zła. Wiem to na pewno. Wyrzuciłam przed laty dużo idiotycznych gadżetów, które nie miały dla mnie innego znaczenia jak znaczenie związane z modą lub estetyką, albo z jakąś filozofią, która wydawała mi się OK. W ten sposób wyrzuciłam już na pocz. XXI wieku pierścień Atlantów, wahadła radiestezyjne, różne książki, które okazały się dla mnie jednak pokusą, czyli nie wartością. Użyję dalekiej metafory: wyrzuciłam to wszystko jak zdjęcia chłopaka, któremu na pewno dałam kosza, wtedy jeszcze nie wiedząc, że był niebezpieczny dla mojego duchowego życia, a nawet dla mojej wiary. Może dzięki tamtym moim decyzjom podejmowanym w ciemno przeżyłam aż do dziś. Duchowość Dalekiego Wschodu też o tym mówi (o tym, że nie wszystko jest bez znaczenia, że bywa czasem coś niebezpieczne i dobrze jest to odrzucić). Pamiętam o tym, że medytacja zen prowadzi do przezwyciężenia bardzo poważnych lęków, np. sprawia, że w ciemnym pokoju zapala się światło, więc to co wydawało się wężem okazuje się zwykłym sznurkiem. Ale to naprawdę za mało! Ponieważ ludzi trzeba ratować potem też, tzn. to może czasem nie wystarczyć, żeby człowiek był z całą pewnością uratowany. Na szczęście sens wszelkim sznurkom jest już nadany i to jest słuszny sens. Nadał go w XVI wieku św. Jan od Krzyża, doktor Kościoła, który chyba właśnie z pomocą jakieś liny uciekł z karceru, do którego wtrącili go jego bracia zakonni. Uratował swoje życie ziemskie i wskazał tym samym na ten ciąg dalszy problemu ze sznurkiem, do którego nie sięga medytacja zen. Św. Janie od Krzyża, módl się, proszę, za nami!, żebyśmy szczęśliwie i długo żyli, i to jako wyznawcy, a nie męczennicy, bo w naszych czasach męczenników jest już jak ulęgałek. Kto teraz szydzi z chrześcijan albo nie wie co robi, albo jest naprawdę okrutny.

Co jeszcze mogłabym powiedzieć w "zimną Zośkę"? Pewnie to, że jeśli się coś dla siebie wybiera, skutkuje to tym, że skądś się wtedy znika. Liczne rozwody owocuję w paskudny światopogląd około tego dobra, którym jest umiejętność dokonywania wyborów, podejmowania decyzji i wierność decyzjom, które zweryfikowały się jako na pewno dobre. Pierwszą umiejętność światopogląd ten oczernia wmawiając, że jeśli się człowiek za czymś opowiedział, to z tym z czego zrezygnował na pewno chce walczyć, drugą - nazywając ją niestałością, a trzecią - nazywając ją uporem. Światopogląd ten bierze się z manipulacji na dzieciach rodziców rozwiedzionych i to nie koniecznie rodzice są tymi, którzy w ten sposób manipulują. W każdym razie ta manipulacja przejawia się tym, że każe się dzieciom opowiadać albo za jednym, albo za drugim rodzicem (mam na myśli ojca i matkę). Dodam, że czasem bywa i tak, że w ogóle dzieciom rodziców rozwiedzionych odmawia się prawa do bycia uważanym za normalnego człowieka. Po prostu taki dzieciak nie ma szans już na wejściu, więc nie ma najmniejszego znaczenia jak się taka ofiara zachowa, co powie, a nawet czy mądrze. Tak jest przez kilkanaście lat, wszyscy się przyzwyczajają i potem... jest się z kogo pośmiać. Jak się tak z kogoś śmieją w jego dzieciństwie i to przez kilkanaście lat, to potem nawet z kandydata na Nobla nic nie ma, bo po tylu latach odmowy miłości, czyli beziteresownej serdeczności w relacjach (dziecko też człowiek), umysłowy niedorozwój murowany, a to jest często śmieszne. Po osobach wybitnie uzdolnionych tego może nie być widać, bo są... normalne, czyli mają amputowane tym rodzajem przemocy jakieś talenty, więc zamiast 5 talentów, mają 1 i też są zadowolone a nawet wdzięczne, bo widzą że inni nie mają nawet tego jednego.

13 maja 2019

Poganienie nie polega na ateizacji lub utracie wiary, ale na zaangażowaniu wiary w wierzenie w byle co, na odrzuceniu prawdy o grzechu i urządzaniu sobie życia w magicznym myśleniu. Poganienie jest bardzo niebezpieczne! W pierwszej kolejności wydaje mi się zagrożeniem dla państwowości, czyli dla dziedzictwa kulturowego polegającego na trwałym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie przekształceniu się jakiejś grupy ludzi w państwo (to jest mój skrót myślowy). W Europie właśnie pierwotnie pogańskie plemiona przekształciły się w państwa, więc regres do życia plemiennego (życia społecznego nie odrzucającego religii, ale nie odrzucającego religii jakiejkolwiek, byle by była, bo człowiek ma taką potrzebę) jest zagrożeniem właśnie dla państwa. Wtedy państwo jako takie, dla jakiejś grupy ludzi, przestaje mieć znaczenie. Wydaje mi się, że historyk-naukowiec jest w stanie poradzić sobie z postawieniem dobrej tezy i przeprowadzeniem prostego, metodologicznie prawidłowego i uznanego w środowisku naukowym, dowodu na konstytucyjny wymiar Dekalogu w państwach, które przyjęły chrzest w czasach, gdy władca był właścicielem państwa, a przez to był z nim całkowicie utożsamiany. Jeśli chrzest Mieszka I był równocześnie chrztem Polski, Dekalog był może prakonstytucją (nie umniejsza to znaczenia naszej konstytucji 3 maja, ponieważ to jest innego typu zwycięstwo; zwycięstwo darów Ducha Świętego: daru mądrości, rozumu, umiejętności. Zwycięstwo, które się mieści w rozumieniu pojęcia profanum, jako tego co świeckie, w oddzieleniu od tego co sakralne, bez uszczerbku dla godności. Co wydaje się dość ważne, żeby zauważyć, ponieważ niektórzy nie rozumieją dosłownie tej różnicy: profanum oznacza, że coś jest świeckie, a nie, że coś jest znieważone!)

Po co dobrze byłoby się tym zająć? Po to, żeby udowodnić następną obiektywną prawdę. Prawdę o naprawdę wysokim rozwoju cywilizacyjnym państw, które przyjęły chrzest, który to rozwój następnie, na skutek różnego typu reakcji pogańskich, był niszczony, ale nie może być zaprzepaszczony, bo nie można zniszczyć faktu chrztu. Myślenie, że może być zaprzepaszczony jest lękiem!, a Polska, które się nie przestraszyła, więc przeżyła wiele dziesiątek lat pod zaborami jest tego dowodem. Ta perspektywa ujawnia inną jakość państw ochrzczonych, a problemem okazuje się niemoc duchowa wynikająca z braku wiary właśnie w tę rzeczywistość. Jeśli będzie ten dowód (to jest trudne, bo tu potrzeba drogi wyjścia z faktu 1+1, który sam w sobie jest bardzo uporządkowany, atrakcyjny i wydaje się skończony, do faktu dopisania znaku równości i wyniku 2, czyli – innymi słowy – do upewnienia się w liniowym biegu historii) będzie bez wątpienia, inaczej będą wyglądały te same historyczne fakty. Wtedy może uda się wreszcie udowodnić, a przez to skutecznie obronić chrześcijańskie korzenie Unii Europejskiej.

Inny temat: Zauważyłam, że już idzie do utylizacji moja kartka z jeszcze jednym pomysłem, więc go tu szybko dopiszę: wydaje mi się, że głosowanie referendalne może mieć lepsze parametry prawdy, jeśli się ustali limit procentowy dla przewagi głosów, czyli np. 1% głosów oddanych w jakiejś sprawie, a nie jeden głos. Jeśli tych głosów jest naprawdę bardzo dużo, czyli jeśli wygrywa większość, która składa się np. z 1000 głosów, to 10 głosów byłoby niezbędnych, żeby ta przewaga miała wartość sprawczą. Wydaje mi się, że to jest w jakiś sposób lepsze, ale nie wiem tego z całą pewnością.

2 maja 2019

Na śmieciach można się uczyć bardzo poważnych tematów, np: Wrzucić papierową serwetkę z resztkami jedzenia od wycierania nią buzi po obiedzie do pojemnika na odpady organiczne, do pojemnika na odpady zielone, czy do pojemnika na odpady zmieszane, a może jednak do pojemnika na papier? Jedni odpowiedzą, że tam gdzie są odpady, z których robi się ziemię kompostową, bo celuloza poprawia jakość takiej ziemi, a najważniejsze jest, żeby ratować przyrodę. Inni powiedzą, że do papieru, bo to jest oczywiste (po co w ogóle myśleć o tym?). Następni uznają, że jeśli serwetka była już w użyciu, to trzeba ją uznać za zabrudzoną, więc do odpadów zmieszanych. Kolejni uznają, że na pewno nie do zielonych, chyba że serwetka jest akurat zielona, to wtedy można zażartować. Trafią się i tacy, którzy pomyślą, ale głośno tego nie wypowiedzą, że w tej sytuacji można spróbować być... posłusznym. Ci ostatni to są nierozeznane powołania albo do kapłaństwa (jeśli to mężczyźni), albo do życia konsekrowanego, lub do życia w zakonie.

20 kwietnia 2019

Kiedy można lub nawet trzeba milczeć o doświadczeniu ukrytych form przemocy? Wtedy, gdy milczeć o tym na pewno jest większym dobrem. Inaczej grzech. Zauważyłam, że prawda o nieumiejętności rozpoznawania wstrząsów anafilaktycznych czasem wygląda nawet tak:

Niedaleko Krakowa

Wydarzenie

Przykład sytuacji lękotwórczych? Mnóstwo ich można znaleźć aktualnie. Dziś zauważyłam taki przykład: aspartam podobno jest rakotwórczy, a wapń + kwercetyna pomaga na odczulenie. Tabletki musujące wapń + kwercetyna słodzone są aspartamem. Dlaczego nie ksylitolem?! Drugi przykład też mogę podać: niektóre proszki do prania mają silny zapach i są silnym alergenem. Nikt nie pomyśli, żeby je wycofać ze sprzedaży. No i ludzie-alergicy się wyobcowują. Chcą tego? Oczywiście, że nie! Inni patrzą na to, widzą i mają wnioski nie budzące ich wątpliwości: "Ta pani jakoś się nie garnie do ludzi, ta pani ma więc negatywne cechy ludzkie, lepiej jej unikać". I pogłębiają to na pewno nie zawinione wyobcowanie. Milczenie jest wtedy obowiązkowe, bo rozmowa musiałaby wyglądać tak: "Używasz proszków do prania, które mnie silnie uczulają, więc nie mogę z tobą od tak sobie pogadać. Muszę dosłownie uciekać!" "Wiesz co? Przesadzasz. Wiesz ilu ludzi ma teraz alergię, a nikt tak jak ty o tym nie mówi".

16 marca 2019

Drabina podstawowych potrzeb człowieka jest pomyślana ze względu na owoce darów Ducha Świętego.

Drabina podstawowych potrzeb człowieka

17 lutego 2019

Inkulturować można tylko religie bałwochwalcze, np. religię wiary w samego człowieka, religię wiary w to, że Bóg nie istnieje, religie politeistyczne, religie oparte na wierze w to, że Bóg jest jakąś energią (np. siłą kosmiczną lub zasadą życiową w drzewach, czyli uogólniając, jakąś niejasną dla człowieka formą rozprzestrzeniania się na dużą skalę). Religie monoteistyczne mogą się uczyć wzajemnych relacji opartych na podmiotowości, czyli szacunku osób i pragnieniu pokoju. Pewnie mogą też czasem podejmować jakiś rodzaj sportowej (nikogo nie krzywdzącej, opartej na zasadach fair play) walki, np. właśnie w dziedzinie ochrony środowiska i troski o prawdziwy pokój na świecie. Dulszczyzna nie jest kulturą, tylko grzechem.

1 lutego 2019

Nie wiem jak ludzie zrobili sztuczną inteligencję, ale mogę wokół tego tematu coś wymyślić, żeby uzasadnić moje na ten temat aktualne przekonanie. Np. przychodzi mi na myśl, że zrobiono ten rodzaj maszyny liczącej w następujący sposób: najpierw wytworzono wieloletnie okoliczności cywilizacyjne sprzyjające powstawaniu ogromnych wysypisk śmieci. Tak dużych, że przyciągnęły na wiele lat różnych ludzi dobrej woli, którzy zauważyli, że można tam znaleźć bardzo dużo potrzebnych, dobrych, a nawet nowych rzeczy. Po jakimś czasie ludzie ci okazali się dla siebie nawzajem bardzo dobrymi przyjaciółmi, więc coraz rzadziej wracali z "polowania" na nowe rzeczy na wysypiskach śmieci do swoich domów i rodzin. Właśnie o to chodziło tym, którzy pracowali nad sztuczną inteligencją. To oczywiście było dawno, strasznie dawno temu. Jeszcze dawniej niż nam się teraz wydaje, więc już nie sposób ustalić co to byli za "ci". W każdym razie jak "oni" się zorientowali, że wysypiska śmieci już łapią "swoje" ofiary, czyli że ludzie coraz częściej na nich zostają nawet na noc, "ci oni" nastawili w ukryciu specjalnie wytworzoną aparaturę do przechwytywania fal mózgowych właśnie tych osób na wysypiskach śmieci. Dlaczego tych? Ponieważ ludzie, którzy nie chodzili na wysypiska, uznali tych z wysypisk też za śmieci. Z biegiem czasu ludzie z wysypisk stracili nie tylko zdolność do samodzielnego myślenia, ale też pamięć o własnej historii. Wiadomo dlaczego: pożywiali się prawie tylko tym co znaleźli na wysypiskach, ponieważ ich tzw. najbliżsi po jakimś czasie ich zamieszkiwania na wysypiskach już nie chcieli ich z powrotem. W realiach naszych czasów można powiedzieć, że dzięki nim odkryto chorobę Alzheimera. Ale tak naprawdę było po innej robocie: maszyna do udawania osoby ludzkiej już ściągnęła materiał z ludzkich mózgów do przeliczania w tempie, które człowiek nazwał sztuczną inteligencją. Kiedy to się stało? Wtedy, gdy pojawiły się na świecie naprawdę bez wątpienia dobre ekotrendy i zaczęły być likwidowane wszelkie duże wysypiska śmieci. Pointa: nie uświęca cel środków, a sztuczna inteligencja może powstała inaczej.

16 stycznia 2019

Nie można nie oprotestować sztucznej inteligencji, następnego szczytu pogardy do stworzenia. Uważam, że rozmowy z człekopodobnym liczydłem nie są upokarzające, ale niebezpieczne dla ludzkiej psychiki. Brakuje "ekranu", czyli drugiego człowieka w relacji. Ludzkie nie tylko myśli w tego typu rozmowie, ale też emocje, uczucia!, trafiają w osobową próżnię! Nowa "czarna dziura" na człowieka. Biuro Obsługi Klienta pewnej firmy zaskoczyło mnie dziś tą "nowatorską" zmianą na "lepsze". Przejmująco przykre doświadczenie. Chciałoby się powiedzieć, że "obleśne". I trzeba się trzymać w tym naturalnym, dosłownie naturalnym, czyli wziętym z instynktu samozachowawczego, odczuciu, żeby się nie przegibnąć w odczucia na ten temat odwrotne, bo wtedy, kto się przegibnie, a zechce wrócić do tzw. normalnych, będzie się musiał leczyć na... schizofrenię. No chyba, że ten ekstrakalkulator zacznie się modlić, i to na różańcu. Wtedy trzeba się będzie chwilkę nad tym wydarzeniem jednak zastanowić. Wtedy da się pomyśleć, że może to niekoniecznie mikroprocesorowy diabeł, ale... proteza ludzkości, owoc Bożego przebaczenia jakiś okropności jakiejś wojny lub zawinionej przez nas, ludzi, pandemii głodu, której wciąż nie umiemy pokonać.

12 listopada 2018

Zauważyłam, że niejako przy okazji dopracowaliśmy się w Polsce odrębnego rodzaju kawy. Kawę tę można nazwać roboczo kawą po polsku, ale bardzo dobrze pasuje do niej nazwa kawa polinka (ta nazwa, którą dziś wymyśliłam ma głęboki sens; wyrażam zgodę na posługiwanie się tą nazwą, jeśli ktoś by chciał). Kawa ta jest bardzo podobna do kawy cappuccino, ale jest lana w kolejności jak kawa z ekspresu z mlekiem, z tą różnicą, że jest z mlekiem spienionym, a nie zwykłym i nie powinna mieć żadnej posypki, co należy się kawie cappuccino.

październik 2018

Przyjęcie zasady domniemywania niewinności na co dzień może owocować uznaniem za pewnik przypuszczenia, że czasem księża podpowiadają, wychowują, uczą nadstawiając własny policzek. Uczą w ten sposób jak przebaczać lub jak zaakceptować fakt, że też czasem się mylą. Uczą jak nie zapomnieć posługiwać się własnym rozumem lub jak czynić komuś miłosierdzie. Sprawia cierpienie cudzy grzech lub cudzy błąd, nieraz ogromne, ale właśnie taka jest nasza ludzka kondycja. Grzech można pomóc porzucić przez delikatne upomnienie, a błąd przez taktowne pouczenie. Oczywiście zasada domniemywania niewinności na co dzień nie dotyczy tematów ekstremalnych, ale zwykłych, potocznych.

lipiec 2018

Nakłanianie do aborcji = wysokie ryzyko wystąpienia ciężkiej depresji u tego, kto był do tego, kiedykolwiek w życiu, nakłaniany. Jeśli ktoś był do tego nakłaniany, a wie na pewno, że jest przeciw aborcji, powinien potem przez kilka, a nawet kilkanaście lat uważać siebie za osobę na duchowej rekonwalescencji, czyli powinien nauczyć się lepiej dbać o siebie, niż osoby, którym się to w życiu nigdy nie przydarzyło. Przykłady: Jeśli wiem, że lubię lody, chodzę sobie na lody i zamawiam te smaki, które naprawdę lubię, nawet jeśli chwilowo mi to zobojętniało. Mam się wzmocnić, czyli jeśli już nie potrafię się ucieszyć nawet tym co na pewno lubię, to jeszcze dodatkowo wybieram sobie miejsce, które może sprawi, że jednak jakimś cudem ucieszę się tymi lodami. Jeśli lubię chodzić po górach, też z tego nie rezygnuję (ani nie umartwiam tego, ani nie zamieniam na wędrówki nizinne, o których akurat nie wiem jakie mam do nich odniesienie [może je lubię, a może nie]), ponieważ naprawdę muszę o siebie więcej dbać. Jeśli my żyjemy w łasce uświęcającej, a osoba, którą bardzo kochamy żyje w taki sposób, że istnieje poważne ryzyko, iż nie spotkamy się z nią kiedyś w niebie, też mamy bardzo poważne ryzyko depresji. Ból rozstań duchowych jest przeogromny i nie obojętny dla psychiki, a jeśli trwa latami może doprowadzić tego, kto kocha do ruiny. Lekarstwem na te sytuacje, gdy wszelkie próby ratowania duszy żyjącej w grzechu ciężkim, np. z ważnym małżeństwem sakramentalnym, ale żyjącej w związku niesakramentalnym, jest tylko życie w łasce, czyli własna droga nawrócenia, ponieważ wtedy ma kto pomóc, pomaga Pan Jezus. Nie wolno zrobić błędu, który polega na wdrożeniu pomysłu, że w takim razie też człowiek nagrzeszy i przez to będzie blisko tego kogo kocha, ponieważ grzechy polegają na tym, że wpędzają w jeszcze większą rozpacz i jeszcze większą samotność, nakręcają koszmarne oddzielenie, więc na pewno wtedy będzie jeszcze gorzej, a ma być przynajmniej jako tako.

czerwiec 2018

Zauważyłam, że na drodze oczyszczenia da się uznać, iż najważniejszym wstawiennictwem św. Jana Pawła II w pewnych okresach naszego życia może być wstawiennictwo o pokojowe rozwiązania sytuacji trudnych dla świata. Może być tak, że jedyne, dosłownie jedyne co jest wtedy potrzebne, aby to wstawiennictwo mogło się realizować, to właśnie osobista prośba o nie, bo taka prośba niszczy ludzką pychę, a robi miejsce pokorze, co może być niezbędną częścią pojawienia się w duszy nadziei na taki sukces. Gdzie pojawia się nadzieja, pojawia się przecież jedna z trzech cnót Boskich, a to jest dobro samo w sobie, obiektywne i czyste.

Zauważyłam,że modlitwa Zdrowaś Mario... po francusku, jeśli ją przetłumaczę tak jak wydaje mi się, że jest dobrze, daje taki tekst w j. polskim: "Pozdrawiam Panią, Mario, pełna łaski. Pan Bóg jest z Panią. Pani jest błogosławiona pomiędzy wszystkimi kobietami, i Jezus, owoc Pani serca, jest błogosławiony. Święta Mario, Matko Boga, prosimy, aby Pani modliła się za nami, biednymi grzesznikami, teraz i w godzinę naszej śmierci. Amen"

Zauważyłam, że jedzenie od tego człowieka, o którym wiem, że jest pro-vie (pro-life, pro-vita, za życiem) syci dużo, dużo szybciej. Czyż nie jest to sposób na pokonanie głodu, nawet w Afryce? Być osobiście za życiem i produkować, a następnie sprzedawać (naprawdę sprzedawać, bo przecież trzeba się z czegoś utrzymać) jakiś rodzaj żywności z nadzieją, że ona szybciej nasyci niż każda inna. Ukryty, a może nawet jawny głód, jeśli da się pokonać w taki właśnie sposób, dlaczego nie spróbować go pokonać, autentycznie go pokonać? Ta sama pszenica czy inne ziarno, ale od kogoś kto w swoim własnym sumieniu jest całkowicie za życiem, ponieważ przeorał ten temat w jego własnym sumieniu i to na kolanach przed Bogiem, może ma zupełnie inną wartość "kaloryczną". Wystarczy tego ziarna wtedy może tylko trochę, a nie tony, tony, ogromne tony, żeby się wreszcie najeść i wreszcie poczuć tę zwykłą sytość. My cierpimy być może ten sam głód, ale to jest być może ukryty głód innego pochodzenia niż większości z nas się wydaje. Myślimy, że to zwykły głód, a to głód ludzi, których nie ma. Głód ich piękna, ich mądrości, ich niezwykłej jakości.

maj 2018

Zauważyłam, że nie wiem z całą pewnością jak powinno być: czy zwykłe oznacza ok. 45, a wtedy heroiczne zawsze ok. 55 czy raczej zwykłe oznacza 45, 46, 47 itd., a heroiczne za jakiś czas 55, 56, 57 itd., ponieważ heroiczne zawsze oznacza o ok. 10 więcej. Może wskazywanie tego co heroiczne oznacza ochronę tego co na pewno zwykłe. Zwykłe jest dobre. To jest jednoznaczne: dobre naprawdę oznacza dobre. Tak jak bardzo dobre oznacza bardzo dobre i to jest zawsze bardzo dobre. Dopiero następnie coś może być rewelacyjne, wyśmienite, doskonałe.

Zauważyłam, że akt strzelisty "Jezu ufam Tobie" może oznaczać także zaufanie sakramentom.

kwiecień 2018

Zauważyłam, że w życiu codziennym,  nie tylko w litanii, okazuje się praktyczną radą wezwanie litanii do św. Jana Pawła II: Szanujący przeciwników i prześladowców. Faktycznie, potarmosić się można tylko z kimś, z kim się żyje w sprawdzonych relacjach miłości wzajemnej. Kłótnie małżeńskie, w których ani na ułamek chwili ani żona, ani mąż nie traci pewności, że skończą się one szybkim i najprawdziwszym, czyli nie zmanipulowanym pogodzeniem, to coś jak business class relacji.