Konieczne

Matka Boża z Panem Jezusem na kuli ziemskiej, zdjęcie rzeźby na fasadzie jednej z kamienic w Krakowie (fot. RK)

Róże dla Matki Bożej (fot. RK)

Co takiego jest konieczne?

Koniecznie trzeba ratować człowieka i przyrodę oraz koniecznie trzeba pamiętać, żeby nie wyrządzić komuś krzywdy nie do naprawienia oraz że nie można wyrzucić z przestrzeni argumentów argumentu o możliwej niewinności nawet obojga i więcej sprawców jakiegoś zdarzenia, np. wypadku (w relacjach międzyludzkich nie jest prawdą, że musi być winny) i argumentu o możliwości posiadania niekompletnej informacji na temat jakiegoś zdarzenia, czy sytuacji.

RK

28 sierpnia 2019

W życiu duchowym koniecznie trzeba pamiętać, że walka ze złym duchem bywa czasem dość prosta, choć żmudna: da się dostrzec pewną tendencję w sposobie podejścia do alergii, która polega na wskazywaniu winowajcy w tym co naturalne, czyli w jedzeniu, w pyłkach, w naturalnych zapachach. Istnieją już bardzo rozbudowane testy sprawdzające uczulenie na prawie wszystko co pochodzi z natury, ale to jest moim zdaniem „para w gwizdek”, ponieważ to podejście „obcina” to co w pierwszej kolejności powinno być wzięte pod - że tak powiem - nieufną uwagę badaczy tego problemu. Do tego przydaje się przedefiniowanie pojęcia alergii ze znaczenia uczulenie na znaczenie 'zatrucie'. Wtedy naszym oczom ukaże się cała chemia organiczna, pestycydy oraz przeróżne tabletki itp. rzeczy, które jemy oraz którymi oddychamy. Dopiero jeśli to zostanie uczciwie wzięte pod uwagę w diagnozowaniu alergii, będzie wiadomo czy mamy do czynienia faktycznie z uczuleniami, czyli z chorobą, czy może jednak z zatruciami, czyli naprawdę z zatruciami. Przykład: jeśli norma IgE całkowitego dla dorosłego człowieka, wynosi (nie pamiętam teraz ile wynosi, więc proszę się nie sugerować podaną tu przeze mnie liczbą, a wziąć pod uwagę tylko proporcje) 10, to osoba, która ma alergię może mieć ten wskaźnik na poziomie 100-500, ale rozbudowane testy na alergie wykazują, że osoba badana nie ma poważniejszych uczuleń, więc wnioskuje się, że wskaźnik IgE nie jest wiarygodnym źródłem wiedzy o alergii, a tak naprawdę wniosek może powinien być inny: jeśli norma IgE = 10, a jakiś człowiek ma ją przekroczoną 10 lub więcej razy, a wszystkie opracowane dotąd testy wykazują, że człowiek ten nie ma silnej alergii, lub inaczej: ktoś ma normę IgE = 10, wszystkie testy wychodzą mniej więcej OK, ale ten ktoś ląduje w szpitalu ze wstrząsem anafilaktycznym, to może brakuje testów na to co go uczula! Jeśli ktoś ma w wynikach badań krwi małą alergię na np. orzechy laskowe, ale po ich zjedzeniu dostaje wstrząsu anafilaktycznego zagrażającego życiu, to tak naprawdę trzeba sprawdzić konserwanty, a nawet konserwanty + te orzechy. Dlaczego to nie jest oczywiste? Ktoś mówi, że jest uczulony np. na diclofenak, a lekarz na to: „Eee! Pani/pan coś oszukuje. Diclofenak nie uczula. Proszę zażywać co zapisuję i nie być hipochondrykiem”. A pacjent na to: „Faktycznie, przepraszam. Podważam pana doktora/pani doktor autorytet, a tego nie wolno robić. Bardzo przepraszam. Oczywiście, że zaraz to zażyję”. Pacjent zażywa (np. na bóle odkręgosłupowe), dostaje nagle wstrząsu anafilaktycznego, akurat w czasie gdy prowadzi auto i powoduje wypadek! Dlatego piszę o tym w kontekście walki ze złym duchem, ponieważ dla mnie wskaźnikiem, że coś nie jest prostą winą ludzką jest jakaś niechęć do natury, która wskazuje właśnie ją, czyli naturę, jako winną jakiegoś ludzkiego nieszczęścia. Ktoś mówi, że jest uczulony na diclofenak, aspirynę oraz – powiedzmy – Metypred, a otrzymuje odpowiedź: „To jest jakaś niechęć do tabletek, a nie żadne uczulenie. Widać, że pani/pan nie chce łykać tabletek! Tylko w tym jest problem!, a nie w jakieś urojonej alergii”. Człowiek się zaczyna niepokoić i niecierpliwie wiercić, bo zastanawia się nad odpowiedzią, ale nic mu nie przychodzi do głowy, bo po pierwszym ciosie znalazł się na chwilę w szoku, więc zaraz dostaje drugie uderzenie: „A może to zaburzenie osobowości? Tylko to domniemywam, ale zalecam sprawdzić u psychiatry! I nawet dostanie pan/pani zwolnienie lekarskie”.

Jeśli coś wygląda po ukąszeniu na zakażenie boreliozą (występuje rumień wędrujący), ale nie był to kleszcz, proszę odłożyć wiarę w lekarski autorytet, jeśli będzie się upierał, że jeśli nie kleszcz, to nie borelioza, tylko domagać się od lekarza przepisania Doxycykliny, i to do zażywania na cały miesiąc. To na pewno pomaga na tę straszną i niebezpieczną chorobę bakteryjną. Takiego rumienia wędrującego można się nabawić nie tylko od kleszcza, ale też od ukąszenia biedronki azjatyckiej. Działanie antybiotykiem przeciw boreliozie trzeba zdążyć rozpocząć w pierwszym tygodniu od ukąszenia. Co jest jeszcze strasznie niebezpieczne? Metanol oczywiście.

(...)

20 sierpnia 2019

W sytuacji duchowej, która wygląda na beznadziejną pierwszym etapem rachunku sumienia musi być pytanie o własne chcenie: czy człowiek, który podejmuje ten rachunek sumienia chce być rzeczywiście szczęśliwy, chce być mądry, szlachetny i naprawdę duchowo piękny. Jeśli tu brakuje odpowiedzi na tak, nic więcej nie da się zrobić. Można przypuścić zniewolenie umysłu nawet na tym etapie, więc warto wziąć pod uwagę, że ktoś może myśleć, że nie chce, a tak naprawdę chcieć (to się może zdarzać w sytuacjach, gdy ktoś ma nałożoną na własną osobowość jakąś fałszywą tożsamość, czyli po jakimś doświadczeniu przemocy lub psychomanipulacji utożsamia się z innym spektrum przekonań, niż jego rzeczywiście własne, np. uważa, że powinien chorować na chorobę alkoholową, więc szczytem jego życiowego szczęścia jest abstynencja, podczas gdy tak naprawdę powinien być - powiedzmy - archeologiem i podróżnikiem, a hobbystycznie enologiem, ponieważ właśnie nie jest alkoholikiem, więc może mieć takie hobby; warto dodać, że fałszywą tożsamość można „nabyć” w sposób niewinny: pewien człowiek niespodziewanie okazał się świadkiem tragicznego wypadku na drodze; widok ofiar był szokujący; szok sprawił, że człowiek ten na drugi dzień wstał i nie wiedział jak się nazywa; poszedł rano do sklepu, a tam ktoś mu powiedział, że cuchnie wódką, żeby uważał z alkoholem, bo za dużo pije, więc zbudował swoją nową tożsamość na tym wydarzeniu w sklepie i odtąd pił, ale mało, i mówił, że jest alkoholikiem; podczas gdy tak naprawdę był cukrzykiem [jednym z objawów cukrzycy jest zapach z ust podobny do zapachu alhoholowego]). Zniewolenie to może się brać np. z pokusy rozpaczy na własny temat. Po pokonaniu tej rozpaczy może się pojawić pokusa pychy, ale to już jest prostsze do rozpoznania, więc raczej uda się znaleźć samodzielnie podany sposób obrony przed atakiem pychy. Chrześcijaństwo nie tylko jest drogą ratowania od deprawacji (przykład akurat jest łatwy do zauważenia, ponieważ Kościół teraz właśnie przygotował wzór pisma dla rodziców, którzy nie chcą, żeby ich dzieci uczyły się przedmiotów niezgodnych z ich światopoglądem), ale jest drogą uwalniania od zła, więc nie jest chrześcijańskim podejście, w którym miesza się elementy dobra i zła. Nie ma tego typu drogi harmonii, że np. u wróżki wisi na ścianie święty obrazek, żeby wszystko się równoważyło. Dlatego nie ma, ponieważ po pierwsze nie ma w chrześcijaństwie wróżek, a po drugie nie równoważy się światło z ciemnością. Jeśli się włącza światło, znika ciemność, a jedyne co chwilkę trwa, to różnego typu optyczne złudzenia. Do tego warto pamiętać, że dobro ze złem wcale nie „koresponduje”, czyli jeśli dobro „koresponduje”, to z dobrem. Jeśli wygląda, że jest inaczej, być może dobro znajduje się w jakimś zniewoleniu (zniewolenia bywają bardzo różne, do najbardziej przykrych i szkodliwych zaliczają się różne amnezje dotyczące doświadczenia w życiu prawdziwego dobra, ponieważ one porażają zdolność do wdzięczności) albo się pomyliło, czyli jest przekonane, że coś jest dobrem, podczas gdy nim nie jest (czasem bywa też odwrotnie) lub źle jest interpretowana oglądana lub zasłyszana sytuacja. Zrozumienie tej przepaści pomiędzy dobrem a złem jest niezwykle ważne dla umiejętności bronienia się przed atakami ze strony różnego typu pseudomistyk. Trzeba o nich wiedzieć przynajmniej tyle, że nie tylko falsyfikują prawdziwą mistykę (to jest raczej oczywiste), ale to, że metodą są wszelkie mechanizmy obronne (np. zamiast zainteresowania drugim człowiekiem pojawia się jakieś nie do pojęcia zakochanie, zamiast intelektualnie poprawnych przypuszczeń pojawiają się urojenia, a w skrajnych przypadkach paranoje i halucynacje, zamiast słusznego, bo uzasadnionego prawami natury, przemęczenia, pojawia się niesłychana rześkość i nie wiadomego pochodzenia siła itd.). No i sprawa bez wątpienia: ludzie bywają zniewoleni odczuciem lęku, które potrafi być makabrycznie przykre, więc dużo są w stanie „zapłacić”, żeby się tego odczucia pozbyć. Błądzą więc makabrycznie, wybierając fałszywe sposoby pozbywania się go. Zamiast uwolnienia mają ledwo jakieś stłumienie, co działa tylko na krótką chwilę, jak tabletka przeciwbólowa, która nie usuwa przyczyny bólu nie do zniesienia. Podczas gdy samo odczuwanie lęku jest dobre (nie mam na myśli odczuwania chronicznego przerażenia), ponieważ niesie zazwyczaj ważną dla osoby, która go odczuwa informację o rzeczywistości (widzialnej lub niewidzialnej), jedyne co można robić, żeby się nie przegibnąć na mechanizm wypierania lub – co jeszcze gorsze – zaprzeczania, to korzystać ze sposobów zmniejszania jego odczuwania (na podobnej zasadzie jak działa znieczulenie przy porodzie: kobieta czuje całą akcję porodową i może współpracować z położną, ale nie jest to dla niej ból nie do wytrzymania). Jednym z najprostszych i najmniej szkodliwych sposobów zmniejszania odczucia lęku jest zjedzenie pianek (rano) lub ciepłego budyniu (wieczorem). To jest oczywiście rada dla osób, które nie chorują na otyłość lub/i na cukrzycę. Do zauważenia koniecznie byłaby więc różnica pomiędzy tłumieniem, czyli jakby ściskaniem, które potem grozi jeszcze gorszą sytuacją, a zmniejszeniem, czyli faktycznym ujęciem intensywności jakiegoś odczucia, co ma miejsce po przekierowaniu uwagi na coś innego, niż lęk (cukier w bezach sprawia najpierw przypływ energii, a potem przyjemne odczucie senności; ciepły budyń - bardziej jeszcze przyjemne odczucie senności). Problemem bez wątpienia bardzo poważnym jest sytuacja, gdy straszy coś obiektywnie i np. codziennie, więc lęk nie jest chroniczny, ale znika codziennie wieczorem po paczce pianek, a nastepnie codziennie rano wzbudzany jest na nowo jakimś czynnikiem zewnętrznym, czyli okazuje się jak najbardziej adekwatny do zewnętrznych okoliczności, czyli jest zdrowy (dodam przy okazji, że psychiatria zajmuje się badaniem adekwatności odczuć i zachowań). Powstaje tu zatem pytanie: Jeśli lęk jest z całą pewnością adekwatny, czyli bez wątpienia zdrowy, to dlaczego to jest w ogóle jakiś problem?

19 sierpnia 2019

Przykładem sytuacji zagrażających konfliktem sumienia może być ten związany ze sposobem zarabiania lekarzy, jeśli w tym sposobie nie ma zapewnionego wynagrodzenia na jakimś minimalnym, pozwalającym na przetrwanie, poziomie, a finansowanie leczenia idzie z przyznanej kwoty, z której tyle zostaje wynagrodzenia za dany miesiąc, ilu w danym miesiącu się nie zgłosi zapisanych pacjentów (oczywiście jeszcze minus wszystkie inne koszty), tzn. jeśli układ jest tego typu, że albo zdrowie lub życie pacjenta, albo kurs językowy dla własnego dziecka, a następnie albo antybiotyk dla żony, bo akurat ma anginę, albo operacja, którą naprawdę trzeba zrobić, pacjenta. Wtedy póki się da, żonę leczy się sokiem z malin, a dziecko uczy się przez Internet. Przecież wiadomo, że najważniejszy jest pacjent. Po stronie pacjentów to samo w tego typu przykładzie: albo płaci, czyli ma możliwość iść do lekarza odpłatnie, albo się nie leczy, jeśli tylko jeszcze jakoś ciągnie, bo nie ma na pewno ochoty zabierać komuś pieniędzy na jego utrzymanie. Dopiero jeśli jest pewność, że lekarz dostaje pensję minimalną, można korzystać z opieki lekarskiej bez ryzyka konfliktowania sumienia.

16 sierpnia 2019

Nie nadają się do inkulturacji różnego typu tzw. dzwonki ezoteryczne. Nie nadają się z wielu powodów, m. in. dlatego, że w pewnym sensie można je określić jako panteistyczne: Ich dźwięk wywoływany wiatrem skierowuje umysł ludzki na myśl o przyrodzie, naturze, ale w tym wypadku chodzi o manowce, brakuje kierunku, a dzieje się tylko jakieś rozpuszczanie w duchowej przestrzeni bez granic, co przy dłużej wystawie umysłu na tego typu oddziaływanie może prowadzić do problemów z psychiką, może w skrajnych przypadkach doprowadzić nawet do rozpadu osobowości; dla kultury zachodniej jest ten rodzaj egzotycznej ozdoby tym bardziej niebezpieczny, ponieważ dezorientuje naszą naturalną echolokację (w podobny sposób, jak nieuporządkowany temat pro-live we własnym życiu); poza tym ich dźwięk, w zależności od kondycji tego, kto go słyszy, może sprawiać jakiś rodzaj uśpienia (jak śpiew syren) lub podenerwowania (jak dźwięk spadających kropel wody w torturze chińskiej); jeśli sprawia uśpienie, umysł uśpionego robi się podatny na kontrolę z zewnątrz (na jakiś rodzaj hipnozy, co owocuje pseudmistyką), a to jest zawsze bardzo niebezpieczne, zwłaszcza w życiu duchowym, kiedy dusza próbuje odnaleźć i wsłuchuje się w Boże natchnienia; jeśli sprawia podenerwowanie, może mocno utrudniać panowanie nad nawet słusznym gniewem, więc tym bardziej nad złością (co może zaowocować nawet rozwodem). Zwłaszcza, że trzeba tu wziąć pod uwagę oddziaływanie podprogowe, ponieważ na te dzwonki w zasadzie nie zwraca się większej uwagi. Co się nadaje do inkulturacji w tym przypadku, czyli z niektórych terenów misyjnych? Przykładowo: Drewno hebanowe na różańce, pewnie nawet na naczynia liturgiczne (kielich hebanowy inkrustowany złotem lub srebrem musi wyglądać bardzo dobrze).

14 sierpnia 2019

Z grzechu cudzego można się wydostać za pomocą trzeźwej oceny danej sytuacji z pomocą własnego intelektu i przez przezwyciężenie lenistwa. Grzechy cudze związane z magią da się rozpoznawać po specyficznych znakach, których charakterystyczną cechą jest jakiś rodzaj zatrzymania natury lub dóbr cywilizacyjnych, np. rośliny w domu, pomimo dbania o nie jak dotychczas, przestają rosnąć, jakby się mumifikują w ich rozwoju, ale się nie zasuszają, czyli pozostają w doniczkach dosłownie bez zmian. W ramach dóbr cywilizacyjnych znakiem tym bywa nieuzasadnione obniżenie normalnego pułapu czegoś, np. spada napięcie prądu, więc jest ciemniej, jeśli się zaświeci światło, niż być powinno lub spada ciśnienie wody, więc jest mniejszy strumień wody, niż być powinien. To jest o tyle niebezpieczne, że do czegoś prowadzi, ale to do czego prowadzi co najmniej nie jest dobre, więc np. do zaburzenia naturalnego poczucia czasu. Niekoniecznie tylko te znaki, nawet na pewno nie tylko te, ale tylko te znaki, które okazują się jakimś rodzajem ukrytej furii skierowanej przeciw naturze, a ponieważ częścią natury ludzkiej jest zdolność do tworzenia cywilizacji i działalność kulturotwórcza, także przeciw cywilizacji i kulturze, ale chodzi o dobra cywilizacyjne i kulturowe obiektywnie dobre. Wydostajemy się z tego typu kłopotów modlitwą o uwolnienie, to już wiadomo. Potrzeba cierpliwości i współpracy z łaską. Czasem szukania własnych rozwiązań na własne kłopoty i własną odpowiedzialność, a potem na pewno można lub warto podzielić się wynikiem.

26 lipca 2019 (i 14 sierpnia – poprawki)

WłaśnieTempietto D. Bramantego w moim odczuciu wyznacza jednoznaczne stylistycznie miejsce w sztuce nowożytnego chrześcijaństwa zachodniego planom centralnym budowli sakralnych, natomiast bazylika św. Piotra w Watykanie mieści w sobie wszystkie cechy sztuki chrześcijańskiej (służbę, splendor, majestat), choć majestat w większym stopniu może mieści się w Rawennie, a splendor w Paryżu (mam na myśli bazylikę Sacré-Coeur). Sanktuaria Papieskie wyjaśniają się w ten sam sposób jak bazylika św. Piotra. Eklektyczna bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie przy ul. Kopernika nie przytłacza modernizmem, jeśli się ją czyta jako przyjęcie tego co klasyczne, do tego co romańskie i gotyckie bez odrzucenia tego co w czasie projektowania tej świątyni akurat było wpółczesne (w ramach konkretnych kontekstów biegu historii). Cecha wspólna? Smak, harmonia, blask. Mówiąc innym językiem trzeba by powiedzieć, że dyscyplina proporcji nie może przepadać, ponieważ wtedy sypie się harmonia, a blask traci sens, jeśli jest go tyle, że oczy się robią od tego przekrwione jak od płaczu, bo nie wiadomo o co chodzi: nie ma płaczu, nie ma alergii, a oczy są przekrwione. Myślę, że można by napisać piękną książkę na ten temat nie tylko o stylistyce architekury, ale także o monstrancjach.

Mam kilku moich prywatnych kandydatów na doktorów Kościoła. Jednym z nich jest św. Ojciec Pio, który budując Dom Ulgi w Cierpieniu w pewnym sensie wyakcentował fakt, że człowiek cierpiący ma prawo starać się o ulgę, czyli o jakieś środki przeciwbólowe. To powinno być oczywiste, ale gdy widzę monstrancje, od których pękają w oczach naczynka, jak widzę, że księża często nie mają dobrze oświetlonego pulpitu do czytań, jak widzę jeszcze wiele innych podobnych sytuacji, to zaczynam się na nowo zastanawiać czym w takim razie jest nasza asceza? Przecież nie może być autodestrukcją. No i wtedy myślę, że dobrze zrobił św. Ojciec Pio, biedny kapucyn, że wybudował dom, który tak się właśnie nazywa. To jest pewnik: Nie umówił się Pan Jezus ze zbójcami, żeby pobili człowieka, a potem z Samarytaninem, żeby o niego zadbał, bo akurat chciał opowiedzieć przypowieść o miłosiernym Samarytaninie; ale może zwyczajnie zauważył taką sytuację i opowiedział o niej w taki sposób, że możemy się z niej dużo od naszego Mistrza nauczyć. Okazuje się, że można wyróżnić monstrancje miłosierne, niemiłosierne i przepiękne.

Chrześcijańswo zachodnie i wschodnie jest oczywiste, chrześcijaństwo środka, jeśli istnieje, byłoby tym, w którym najbardziej charakterystyczna jest inkulturacja z tego co ateistyczne (np. inkulturacją z Internetu jest adoracja Najświętszego Sakramentu właśnie przez Internet), chrześcijaństwo północne być może zajmują wspólnoty protestanckie (zajmują tym bardziej, im bardziej brakuje im komunii z Papieżem, a tym mniej, im więcej jest nawróceń), ale gdyby się wyodrębniło, charakteryzowała by go obłędna północna prostota (coś co można też określić korzystając z pojęć wziętych z określeń zjawisk natury, czyli jako białe noce), chrześcijaństwo południowe pewnie gdyby się okazało, byłoby zawsze gorliwe, a jeszcze do tego można dodać chrześcijaństwo Dalekiego Wschodu, które gdyby się okazało, że ma jakieś wyróżniające go cechy, może dałoby się ująć najogólniej w pojęciu milczenia. Wtedy, gdyby to się okazało, całe chrześcijaństwo ujmowałyby najogólniej następujące pojęcia: służba, splendor, majestat, inkulturacja, prostota, gorliwość i milczenie . Pointa: to jest 7 pojęć chrześcijaństwa wg Renaty, czyli pomysł na książkę pt. 7 pojęć chrześcijaństwa.

15 lipca 2019

(...)

12 lipca 2019

Widziałam mniej więcej dwuletnią dziewczynkę, która zamiast szczęśliwie przeżywać swój wiek buntu, płakała w niebogłosy, a jej ramiona kuliły się w geście rozpaczy, jak porzuconej lub wykorzystanej kobiecie. To jest na pewno nienaturalne u dziecka w tym wieku. Dziecko w tym wieku powinno krzyczeć, tupać, powinno wyznaczać swoje granice i próbować na co może sobie pozwolić w relacji z dorosłymi, a ona nie próbowała, ona tylko płakała i kuliła ramiona. Widziałam też innym razem jak ojciec łamał kilkuletniego synka przerażając go na spacerze porzuceniem, ponieważ dzieciak właśnie próbował być samodzielny i na coś tam się nie zgadzał. Tata nagle od rozpłakanego dziecka zaczął odchodzić w takim tempie, że nawet dorosły musiałby podbiec, więc mały też zaczął rozpaczać, a płacz jego i postawa ciała zmieniły się w lament porzucenia. Biegł za tatą zdając sobie sprawę, że przegrał, bo przetraszył się, że zostanie sam. Rodzice czasem łamią dzieci na odległość, bez dotykania nawet. Ale tego naprawdę nie można robić. Co można? Można zupełnie coś innego, np. można ścigać się z dzieciakiem w taki sposób, żeby on się jak najdłużej nie domyślił, że dorosły nie biegnie bardzo szybko, żeby myślał, że naprawdę wygrał.

10 lipca 2019

Jeśli koniecznie potrzeba argumentu, żeby przekonać, że życie nawet w śpiączce lub innej formie ciężko zależnej od serca ludzi zdrowych i zamożnych, naprawdę ma sens i ma ogromną wartość nie tylko w oczach Bożych, ale także w naszych, ludzkich, to mam taki argument: warto czekać nawet bardzo długo i podtrzymywać życie nawet bardzo chorego człowieka, także nawet jeśli to się wydaje na obecną chwilę po ludzku beznadziejne, ponieważ ktoś może za jakiś czas nagle odkryć lekarstwo na te schorzenia, które teraz wydają się nieuleczalne, a wtedy, jeśli tacy ludzie będą nadal żyć, będzie kogo tymi lekarstwami leczyć, bo to się opłaca także zdrowym i zamożnym. Inaczej natomiast nic z tego nie będzie, bo jeśli nie będzie chorych, nie będzie lekarzy, nie będzie opiekujących się obłożnie chorymi. Co więc będzie? Potrzeba opiekowania się drugim jest w naturze ludzkiej bardzo silna. Będziemy zmieniać swoją naturę? Jedni zdrowi będą polować na drugich zdrowych, żeby doświadczyć choć przez krótką chwilkę przeżyć, których nie można doświadczyć inaczej, a bez których nie sposób stać się prawdziwym człowiekiem?

7 lipca 2019

Koniecznie muszę powiedzieć o łatwych sposobach radzenia sobie z suszą, bo w tym roku susza w Krakowie jest wyjątkowo duża (schną już nawet metrowe pokrzywy): 1. można budować ładne (nawet betonowe bywa ładne) miejskie zbiorniki na deszczówkę z łatwym, mechanicznym systemem spuszczania wody na tereny miejskie zielone w czasie suszy i z zamykaniem po napełnieniu lub w czasie zbyt dużych deszczy; 2. można zrezygnować z wielu trawników nie tylko na rzecz kwietnych łąk, ale też na rzecz bluszczy (bluszcze są jedną z roślin tlenodalnych, a na dodatek są zimozielone i dość odporne na suszę), a na trawniki wystarczy zostawiać metrowe pasy przy chodnikach, bo trawniki też są ładne i potrzebne. Na pewno można tyle zrobić dość łatwo i szybko, i to w wielu miejscach zagrożonych suszą. Z trudniejszych do realizacji pomysłów miałabym pomysł na wprowadzenie do budownictwa (jednorodzinnego i wielorodzinnego) projektów uwzględniających pozyskiwanie wody do podlewania (na swoim terenie lub w najbliższej okolicy) z tzw. wody szarej, czyli wody, którą się używa w kuchni. Woda ta, niezdatna do picia, po jej oczyszczeniu, na pewno jest zdatna do podlewania roślin ozdobnych. No i naprawdę zrezygnowałabym z sadzenia drzew tlenowych, ponieważ ich system korzeniowy jest za głęboki, rosną niesamowicie i dają wiele tlenu, ale zabierają nam wodę głębinową, a jak skończy się woda słodka głębinowa, to już naprawdę może dojść do tragedii.

4 i 5 lipca 2019

(...)

(...)

7 czerwca 2019

Koniecznie muszę Wam powiedzieć, że do skutecznego nawrócenia z jogi osób ochrzczonych (chrześcijan), które nie tylko ćwiczyły u nauczycieli, ale też same uczyły (choćby nawet krótko) tej drogi niechrześcijańskiej ascezy, potrzeba kilku lekarstw: 1. przestać tę ascezę praktykować, 2. wyspowiadać się ważnie z tej praktyki jako z grzechu przeciw I przykazaniu Dekalogu i to bez podejmowania prób samodzielnej oceny czy to był grzech ciężki czy lekki, 3. jeśli pozostają wątpliwości, rozeznawać temat do skutku, czyli aż do pewności (ta pewność nie jest trudna do osiągnięcia), 4. po wglądach na ten temat udokumentować prawdę świadectwem pisanym w taki sposób, aby było widać wyraźnie przezwyciężenie grzechu bałwochwalstwa. Dopiero tyle lekarstw daje nadzieję bliską 100%-owej pewności, że jest po temacie. Potrzeba na to najpierw co najmniej kilku lat, ale według mnie potrzeba na to jednak 10 lat i potem więcej, czyli sprawa jest na całe życie. Dodatkowo dobrze jest co jakiś czas kontrolować wielkość własnych źrenic. Na pewnym etapie ludzie od tego typu ascezy mają na stałe mocno poszerzone źrenice (nawet w świetle), co okazuje się widocznym znakiem kłamstwa (według mnie to jest jedyny znak, który wysyła, jako SOS, mózg człowieka [co trzeba w tych sytuacjach rozumieć jako ciało soma] pogrążonego w tej praktyce), ponieważ dbają o siebie niesamowicie, odżywiają się bardzo zdrowo i nie sięgają po narkotyki. Źrenice więc muszą wrócić do normalności. Jeśli jest możliwość skorzystania z pomocy księdza egzorcysty, można sprawdzić czy źrenice wracają do normy po modlitwie wstawienniczej księdza egzorcysty, modlitwie błagalnej o uwolnienie. Jeśli nie ma tej możliwości, wystarczy modlitwa różańcowa. Tak czy tak jest to trud i potrzeba czasu. Sprawy związane z oddechem są najtrudniejsze i ujawniają się do przezwyciężenia po wielu już latach pokuty. Kto jednak na serio postanowił to nawrócenie, może cały swój oddech oddać Duchowi Świętemu, i... nie trzeba się lękać. Duch Święty wyreguluje oddech kiedy zechce i w sposób, w jaki zechce.

24 maja 2019

Zastanawiam się dlaczego Afryka, w miejscach, które by się do tego nadawały, nie próbuje szukać dla siebie pomocy przed głodem i suszą budując miasteczka pod ziemią. Może da się w ten sposób nawet znaleźć wodę. Niekoniecznie potrzeba do tego bardzo trudnych rozwiązań konstrukcyjnych i świetlnych, ponieważ można budować "piony" świetlne, które przepuszczą światło dzienne, a nie przepuszczą całego upału. W jaki sposób? Przez wielowarstwowość zamkniętych przestrzeni wypełnionych powietrzem. Trzeba by to tylko policzyć i sprawdzić tam gdzie jest gorąco, czy wyliczenia okażą się zgodne z doświadczeniem. Ile, jaka grubość i jaka wielkość takich tworów świetlno-termoizolacyjnych? Nie wiem, może 10 lub 40, 100? To jest pewnie też za drogie i jeszcze na dodatek ciężkie, więc można spróbować ze szkła zrobić warstwy zewnętrzne, a wnętrze zbudować z wielu warstw przeźroczystej folii celulozowej, która jest biodegradowalna.

Druga moja koncepcja pomocowa dla Afryki jest taka: może można opracować jakąś tanią technologię pozyskiwania dużych kryształów soli przed odparowywanie wody na własne potrzeby z równoczesnym wykorzystaniem akcji odparowywania na potrzeby ekologicznego chłodzenia powietrza w miasteczkach pod ziemią). Woda dla Afryki, sól dla np. Europy, ponieważ sól jest piękna i wiele można z niej zrobić. Z kryształów soli, w zależności od ich wielkości, można zrobić np. filary, okładziny ścienne, lampy, witraże, naprawdę ogromne ilości przedmiotów, którym nie przeszkadza, że nie są odporne na wodę. Co do jedzenia? Pierwsze co mi przychodzi na myśl, to czerwona soczewica (dobrze ją wcześniej namoczyć, żeby można było krócej gotować; rozgotowuje się dosłownie na purée) i siemię lniane (łyżkę nasion trzeba zalać wrzątkiem i odstawić na jakiś czas, żeby się zrobił kleik; to jest nie tylko bardzo pożywne, ale też dobre na serce), jakieś owoce, może gruszki, bo mają dużo cukru, a cukier działa lekko uspokajająco.

Polska, gdyby chciała zrobić się jednym z państw wzorcowych pod względem humanitarnym (dla przyrody, dla różnych ludzi w poważnych kłopotach, wreszcie dla siebie) musiałaby wystartować w „dobrych zawodach” i „bieg ukończyć”. Wtedy mogłaby przyznawać prestiżowe dyplomy lub medale za nauczenie się j. polskiego do poziomu przynajmniej B2 (musiałby to potwierdzać zdany egzamin), a większa część środków pozyskanych ze sprzedaży kursu j. polskiego (dostępnego na witrynie internetowej płatnej) specjalnie przygotowanego do tego celu, byłaby przeznaczana na jakieś konkretne cele humanitarne, w zależności od konieczności.

Mam jeszcze jeden pomysł na okoliczność ratowania świata przed skutkami efektu cieplarnianego (już go wcześniej gdzieś ujawniałam): może można by budować farmy fotowoltaiki nie ma gruncie, bo tego szkoda, ale na wszelkich płaskich dachach, więc nawet na blokach z wielkiej płyty. Także parkingi mogłyby być miejscami ocieniane fotowoltaiką. Przecież to nie tylko osłona przed udarem w upały (auta w cieniu), ale na tym można zarabiać!

Myślałam też kiedyś o tym, żeby zaprojektować i wdrożyć ogrodzenia, w których dałoby się zbierać wodę deszczową do podlewania roślin. Zupełnie niezależne od wodociągu. Miałam też koncepcję związaną z opracowaniem dla terenów ekologicznie w sam raz, czyli na dzień dzisiejszy wciąż nie dla Krakowa, metody zbierania, filtrowania i otrzymywania wody pitnej z deszczówki zebranej z nietoksycznych dachów. Zebrana w specjalnych zbiornikach na poddaszu woda ta byłaby dostępna dzięki sile grawitacji w miejscu, w którym okazywałaby się, po filtrowaniu i badaniu, na pewno czysta. Pewnie filtry mogłyby ją też w jakiś sposób mineralizować. Prawdopodobnie deszczówka powinna ściekać na jakiś czysty chemicznie i biodegradowalny granulat, żeby była przefiltrowana.

Dla Krakowa mam inne pomysły, ale jeszcze nic nie chwyta. Smog nas zabija! Kratka wentylacyjna w mieszkaniu na Górze Borkowskiej, czyli w jednym z lepszych miejsc w granicach miasta, jeśli chodzi o zagrożenie smogiem, czarna od sadzy. Nie ma czym oddychać nawet tu. Mam tu wiosną 2019 objawy uczulenia tak silne, jak kilka lat temu miałam zimą w samym centrum. Coś jest znowu z powietrzem w Krakowie gorzej! Czy wiadomo na jakiej wysokości nad ziemią smogu jest na pewno zawsze mniej? Może tam trzeba budować? Nie można by zbudować części Krakowa na bardzo wysokich palach, tylko dla pieszych i rowerzystów? Może można zaczerpnąć konstrukcyjnych pomysłów z wesołych miasteczek?

Strasznie dużo jeszcze mamy do zrobienia: nasze deszcze, które nas teraz straszą powodziami, prawdopodobnie są współczesną manną z nieba, niezauważonym bogactwem naturalnym! Dla nas i do przesłania dalej. Śmieci to tak naprawdę tony materiałów do wykonywania rewelacyjnych rzeczy. Potrzeba tylko godziwie je pozyskiwać. Godziwie, czyli nie tak jak teraz, że każdy musi obowiązkowo przy swoich śmieciach pracować i jeszcze za tę pracę płacić. Obowiązek sortowania tak, ale nie do tej precyzji, która jest w tej chwili. Papier można wrzucać do papieru tylko, jeśli jest czysty, a szkło i plastiki trzeba myć i suszyć. Gdyby były firmy, które by skupowały od np. wspólnot mieszkaniowych materiały w ten sposób przygotowane jako materiał produkcyjny dla własnej produkcji, nie byłoby takiej ciężkiej niesprawiedliwości, zwłaszcza wobec osób starszych. Jakie to jest upokarzające, jaka to jest ciężka, dla chorych i samotnych, praca. Ludzi brakuje, więc nie ma kto pomóc. Dużo można zrobić z takich materiałów.

21 maja 2019

Pochwała zapominania. (...)

W poważniejszych przykładach ta moja intuicja przekłada się na skutek decyzji o stawianiu oporu pokusie do bałwochwalstwa, jeśli tylko mam dość na to sił duchowych i umysłowych, który to skutek skłania mnie do szukania np. takich tekstów, które przynajmniej najpierw zajmują mnie wyjaśnianiem lub promocją jakiegoś obiektywnego dobra, a nie dopiero po zaprezentowaniu jakiegoś zła, jakby mnie trzeba było najpierw wystraszyć, żeby mi to dobro dało się zaprezentować. Chyba, że trzeba jakąś makabryczną prawdą kogoś ratować, bo w żadne delikatne wyjaśnienia nie potrafi uwierzyć i myśli, że jest okłamywany, albo: chyba, że coś jest pisane dla osób psychicznie chorych, to wtedy nie wiem jaką i dla kogo ktoś stosuje metodę leczenia. W każdym razie zajmowanie się dobrem wynika też z uświadomienia sobie uwarunkowań czasowych: mam czasu tyle a tyle, na co więc chcę go przeznaczyć? Chyba że nie mam aż takiego konfortu, bo komuś gdzieś dzieje się lub może się wydarzyć jakaś straszna krzywda i trzeba iść pomóc. Wtedy się idzie i w ogóle się nie myśli o wartościowaniu: idzie się gasić pożar, jak się gdzieś pali, idzie się umacniać wały przeciwpowodziowe, jeśli nadciąga fala, daje się jeść głodnym, jeśli się ma na tyle, że jest się czym podzielić itd.

Koniecznie muszę powiedzieć jeszcze o jednej sprawie, ponieważ właśnie ją sobie przypomniałam. Podobno na różnego typu warszatach biznesowych proponuje się młodym ludziom wizualizację swojej własnej śmierci. Wiem, bo ksiądz to kiedyś powiedział na kazaniu. Dobrze, że powiedział. Inaczej nie mogłabym napisać tego ostrzeżenia: to jest na pewno niebezpieczne dla osób uzdolnionych plastycznie, a z całą pewnością to, że ktoś nie rysuje, nie maluje lub nie rzeźbi nie oznacza, że nie ma takich uzdolnień. Chodzi o silną pracę wyobraźni u osób w ten sposób uzdolnionych, którą trzeba uczyć się i to latami opanowywać i ukierunkowywać na te treści, które na pewno nie są destruktywne. Jeśli człowiek po takich warsztatach znajdzie się w bardzo trudnych życiowych warunkach, może mieć ciężkie pokusy na temat tego typu wizualizacji, jeśli ją sobie wcześniej "zafundował". Uważam,że jeśli ktoś ma tego typu doświadczenie powinien profilaktycznie zająć się na jakiś czas przynajmniej zwykłą medytacją, ale jeśli jest katolikiem, to tak naprawdę powinien na stałe co jakiś czas adorować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, np. 15 minut raz na miesiąc. Nawet tak mało.

14 maja 2019

Konieczne jest mówienie o tym, że izolowanie ofiary to metoda, którą stosują sekty, więc z całą pewnością można po tym właśnie znaku domniemywać ich gdzieś próby werbowania kogoś przez jego niszczenie. Brak odpowiedzi w normalnych międzyludzkich relacjach, czyli wtedy gdy tej odpowiedzi się oczekuje z ważnych powodów lub dlatego, że zawsze dotąd odpowiedź była, jest sygnałem, że coś się gdzieś dzieje bardzo niedobrego. Dla mężczyzn może to nie jest dotkliwe, ale dla kobiet, które z natury są w relacji, jest to ciężka tortura psychiczna! i niszczenie psychiki! Wiem to na pewno. I to nie od dziś, ale nie umiem tego jeszcze wystarczająco mocno udowodnić. Kto jest dotkliwie izolowany i to przez dłuższy czas, w końcu musi zacząć mówić, a jak nie ma do kogo, np. pisze bloga. Pisząc bloga, coś musi napisać, więc zawsze się coś z w ten sposób niszczonego człowieka wydobędzie. Jak udowodnić tę ukrytą formę przemocy? Chyba tylko tym, że gdzieś się morduje ludzi, więc ich brakuje! Nie może być aborcji wcale! Nie ma możliwości, żeby było przeludnienie, jeśli nie będzie aborcji, czy eutanazji. Miasta są teraz pustynią, także architektoniczną. Wystarczy sobie wyobrazić nasze miasta rozbudowane w górę, w stronę nieba. Wielką atrakcją mogą być miasta wielopoziomowe. Dosłownie wielopoziomowe!

4 maja 2019

Sytuacje, w których po jakiejś tragedii (np. po tragicznej śmierci kogoś z najbliższej rodziny) relacje w rodzinie lub relacje przyjaźni są zbyt słabe, żeby otrzymać należne wsparcie, są sytuacjami społecznymi krytycznymi. Nie wynikają z braku serdeczności, ale z braku tej ilości ludzi, którą Bóg dla nas zaplanował (każdy jest albo samotny, albo ma 1-2 dorosłych dzieci, a powinien mieć 4-7; notabene, gdybyśmy nie byli tak "przetrzebieni", to patrząc tylko po ludzku brak dzieci znów byłby uznany za jedno z największych życiowych nieszczęść, 1-2 za litość Bożą nad małżeństwem, 3-5 własnych i 1-2 adopotowane za normę, a wielodzietność liczyłoby się od ósmego dziecka; proszę zauważyć, że Królowa Marysieńka była szczęśliwą żoną, a nie krową do robienia dzieci). Można wtedy skorzystać z psychoterapii wspierającej, ale tylko warunkowo, tzn. jeśli ludzie zostaną wyedukowani w taki sposób, że osoba, która zdecyduje się skorzystać z takiego płatnego wsparcia nie zostanie za to w relacjach słownych dotkliwie pobita. Niestety uderzeń na dzień dzisiejszy można się spodziewać z dwóch stron: 1. w poczekalni wywiązuje się spontaniczna rozmowa, w której jedna z osób oczekujących w ten sposób komentuje gabinet psychoterapeutyczny: "Każdy kto idzie tam jest chory psychicznie. To jest oczywiste. Jak by był zdrowy, to by tam nie szedł"; 2. w relacjach przyjaźni między psychoterapeutami,, w których jeden jest też psychologiem lub psychiatrą: "Wiadomo kto prosi o psychoterapię wspierającą. Tylko osoby zaburzone, więc już na wejście masz diagnozę". Drugą sytuacją, w której można poprosić o psychoterapię wspierającą jest sytuacja, gdy nie tylko najbliżsi nie są wydolni, żeby dawać wsparcie, ale to ich trzeba wspierać i właśnie się było takim wspierającym. Trzecią - nikt nie ma świadomości tych potrzeb lub pieniędzy na psychoterapię wspierającą, a jedna osoba ma.

Dlaczego wolno w takich sytuacjach za psychoterapię zapłacić? Dlatego, że ktoś kto jest psychoterapeutą w ten sposób pracuje, spala się zawodowo czy chce czy nie, więc nie jest w stanie zarobić na utrzymanie siebie i swojej rodziny w inny sposób, bo już nie ma na to sił i to dokładnie w relacjach.

Osoby z powołaniem do życia konsekrowanego czerpią siły z modlitwy i z sakramentów, żeby... nie umrzeć, czyli na początku niszczenia takiego powołania jak mam ja, utrudnia się na wszelkie sposoby korzystanie właśnie z tego pokarmu, na wszelkie możliwe sposoby. Już nie mogę się nadziwić tym sposobom. Tyle ich odnajduję od listopada 2004 roku!

Powołanie kontemplacyjne, które powinno żyć w klauzurze papieskiej, jeśli jest odrzucone (nie mówię o złej woli), a trafi na naprawdę dobrych ludzi, jest jak delfin pozbawiony wody (jest w gorszej sytuacji, niż delfin w akwarium), ale jest cały czas okładany mokrymi szmatami i reanimowany do czasu aż przjadą ci, którzy są w stanie go zabrać i umieścić w środowisku, w którym przeżyje dłużej. Takich powołań jest sporo, ale są albo nieprzytomne, albo w sztucznej śpiączce, albo świadome, ale silnie znieczulone. Te, które już się udaje szczęśliwie ratować, mają jakąś namiastkę klauzury, czyli np. coś co je choć odrobinę ukrywa przed światem, pozostawiając je w świecie. Niehumanitarne postępowanie z takim powołaniem polega na zabawie w przewidywanie jak ono się teraz, po zmianie parametrów życia, zachowa, i czy faktycznie tak, czy może jednak inaczej, np. pójdzie w upał na plażę, czy nie pójdzie, a jak pójdzie to czy rozbierze się do stroju kąpielowego, czy zostanie w ubraniu, czyli jednak wybierze cierpienie. Jak wybierze cierpienie, to już będzie wiadomo kim miało być to powołanie, gdyby nie zostało tak zniszczone itd.

17 lutego 2019

Na wszelkie sposoby zabijania poczętego ludzkiego życia można spojrzeć od strony duchowej jako na zmasowany atak złych duchów na ludzkość, którego celem jest doprowadzenie ludzkości do rozpaczy przez zadanie mu największej bytowej krzywdy, czym jest pozbawienie człowieka nadziei na chrzest. Wszystkim ludziom należy się życie w tej nadziei, bo dopiero w tej nadziei mogą podjąć na ten temat wolną decyzję (w sytuacji zagrożenia życia noworodka nawet pielęgniarka może go ochrzcić). Dlatego manipuluje się prawdą o momencie początku ludzkiego życia, wyśmiewa się samo pojęcie poczęcia, zamienia się je na pojęcie zapłodnienia, o to nie jest to samo, mówi się na środki, które nie popuszczają do zagnieżdżenia dopiero co, ale jednak już poczętego człowieka, że działają jak hormonalne prezerwatywy, więc że nie są „wczesnoporonne” (należałoby powiedzieć: nie są wczesnomordercze), podczas gdy zabijają już poczętego człowieka przez uniemożliwienie mu przedostania się do jego pierwszego domu, gdzie czeka na niego pierwsze jedzenie, czyli do macicy (dowodem na to, że człowiek może zostać poczęty zanim dostanie się do macicy są ciąże pozamaciczne, które się czasem zdarzają). Oszukany człowiek. Przypuszczam, że tak naprawdę rzadko dochodzi do aborcji w pełnym rozumieniu tego pojęcia, raczej jesteśmy wrabiani w makabryczne poczucie winy na ten temat, ale prawie nikt nie ma sił, żeby to udowadniać, że właśnie tak jest, bo ta materia jest cięższa niż ołów, więc kto próbuje to udowadniać może mieć problemy np. z atakiem depresji, która próbuje chwycić człowieka rozpaczą.

Dobrze, że próbujemy ustawowo przezwyciężyć przerywanie ciąży z powodów eugenicznych, ale to naprawdę za mało. Przerwanie ciąży z powodu gwałtu osobiście uważam za zachorowanie na jakiegoś rodzaju chorobę psychiczną, ponieważ zamiast słusznego gniewu na sprawcę, pojawia się mordercza agresja skierowana na maleńkiego, kompletnie bezbronnego i kompletnie niewinnego człowieka. Podczas, gdy może wystarczyć matce i jej najbliższym pomoc materialna, uczuciowa i emocjonalna, społeczna, a potem i dziecko można uszczęśliwić i jakieś bezpłodne małżeństwo też można uszczęśliwić (naprawdę; są pary małżeńskie, które wylewają potoki łez z powodu, że nie mają dziecka, choćby jednego), oddając je takiemu małżeństwu jako rodzicom adopcyjnym. Nie ma więc powodu popierać także tego prawa do „przerywania ciąży”. Natomiast konflikt z życiem dziecka przez zagrożenie dla życia matki można rozwiązać prawnym obowiązkiem ratowania obydwojga w równym stopniu. Może potrzeba badań naukowych w tym kierunku, może potrzeba czasu, żeby znaleźć skuteczne metody ratowania życia obojga (lub większej ilości ludzi przy ciążach mnogich), ale to jest na pewno możliwe do zrobienia. Jeśli człowiek już w XX wieku wylądował na księżycu, to jest zdolny do opanowania i tego problemu. Potrzeba tylko, żeby ludzie kompetentni w tym zakresie podjęli ten temat i pracowali nad nim tyle ile trzeba, czyli do skutku.

luty 2019

Cóż znaczą popularne w relacjach „wyrazy szacunku–? Bardzo wiele, w zależności od treści pod jaką się znajdują i w zależności od ich adresatów. Szanować cudzą odmienność w naszych czasach, kiedy naprawdę mamy szansę się podogadywać i właśnie szanować, oznacza, że koniecznie trzeba uwzględnić, iż chrześcijanin, który rozumie historię swojej religii i kocha ja, musi w relacji z muzułmanami odczuwać lęk. To makabryczne odczucie, które dla wielu może być ukrytą torturą, a nie jest lękiem, który usuwa z nas zdanie "nie lękajcie się" na dzień dzisiejszy po prostu trzeba uszanować. Ludzie umierają na zawały i w absurdalnych wypadkach właśnie z przerażenia. W ciszy i samotności własnych ograniczeń. Potrzeba wieków, a nie lat, żeby to się zmieniło. "Wyrazy szacunku" to chyba jedyne czym możemy próbować się szczęśliwie nie pozabijać.

lipiec 2018

Zagapiłam się z pewnym pomysłem, jeśli chodzi o obywatelskie projekty w Krakowie, więc napiszę o tym krótko tutaj: Wymyśliłam, że można by zmienić obciążone duchowo hasło Krakowa z „magiczny Kraków” na moralnie bez zarzutu hasło „>Kraków? Miasto życia!”. Oznaczałoby to coś bardzo konkretnego: uczynienie z Krakowa strefy życia, czyli miasta, w którym (ale jeszcze nie wiem czy tak wolno zrobić w ramach prawa samorządowego) byłoby ustanowione prawo lokalne o ochronie życia ludzkiego i godności ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci. Kraków może stałby się wtedy na mapie Polski czy nawet Europy miastem-ratownikiem, eksperymentalną enklawą sprzyjającą radości życia, miastem–sanatorium dla osób dotkniętych depresją. Byłoby wtedy miejsce na nowe konkursy, na nowe trasy i nowe tematy turystyczne. Czyż nie jest to małe ryzyko: poprzeć ludzkie życie i ludzką godność w całości, a nie tylko w jego widzialnym spektrum?

czerwiec 2018

Konieczna osobista troska o własne podążanie drogą nawrócenia co jakiś czas okazuje się drogą, która się rozwidla. To są bardzo trudne momenty na pielgrzymim szlaku. Nie od razu wiadomo w sposób oczywisty w którą stronę trzeba dalej iść. Jeśli dusza wybierze źle (nie mówię, że zgrzeszy, ponieważ może się zdarzyć, że się zwyczajnie pomyli), potem będzie musiała wrócić do tego miejsca, w którym da się wybrać drogę dobrą. Opowiadanie się za ochroną życia ludzkiego i godności ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci może się realizować nawet przez jedno dziennie Zdrowaś Mario, ale może też otworzyć duszę na pytanie: „czy z całą pewnością nie mam obowiązku, żeby np. prosić o zmianę swojego obywatelstwa na obywatelstwo tego państwa, które oferuje taką ochronę, jeśli takie państwo w ogóle istnieje”? Chodzi mi o obowiązek ratowania siebie przed ekskomuniką za bierny udział w aborcjach. Nie wiem czy jeśli płacę podatki, a część z nich jest przeznaczana na finansowanie aborcji, czy nie zaciągam na siebie udziału w aborcji, a przez to udziału w ekskomunice za aborcje i to proporcjonalnie do ilości płaconych podatków, jeśli mogę przynajmniej siebie z tego jakimś cudem wydostawać. To jest krytycznie trudny temat dla mnie. Ale być może w Polsce nie finansuje się z podatków aborcji. Tylko, że ja nie mam siły szukać tych informacji. Jedno wydaje mi się, że dobrze na ten temat rozeznałam: naturalna niedojrzałość, brak możliwości zrozumienia, brak możliwości zajęcia się tym tematem itd. to wszystko i pewnie jeszcze inne powody sprawiają, że nie ma takiego udziału. Mogę się mylić, więc to jest tylko zwrócenie uwagi na taki temat, ale jak jest z całą pewnością, to ja nie wiem. Musiałabym być teologiem moralnym, żeby wiedzieć z większą pewnością. Muszę powiedzieć, że przed laty nie wyjechałam z Polski z miłości do Polski, mojej Ojczyzny. Dziś myślę, że to dla nikogo nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli nie ma znaczenia człowiek dopiero co poczęty, to dorosły tym bardziej. Wiele mówi o sprawach, o których jest ten akapit fakt, że pomoc medyczną na pielgrzymkach oferuje Służba Maltańska. Ten, kto opowiada się za ochroną życia ludzkiego i godności ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci, naturalnie, że sam okazuje się ratownikiem. >Czy Stolica Apostolska lub Malta chciałaby takiego obywatela jak ja? Byłabym wtedy w mojej ukochanej Polsce cudzoziemką.

Co trzeba zrobić jeśli własne sumienie rozpoznało popełniony nawet przed laty grzech aborcji? Nie wahać się i Bogu dziękować za takie światło, ale już w drodze do spowiedzi, czyli natychmiast wybrać się do spowiedzi! Naprawdę nie ma na co czekać. Na drodze duchowej to jest sytuacja krytyczna i liczą się nawet minuty. Ojcowie Kapucyni mają specjalny przywilej zdejmowania ekskomuniki wiążącej mocą samego prawa (latae sententiae), z tego co się orientuję także każdy ksiądz biskup ma takie prawo. Chodzi mi o sytuacje, w których inni (np. psychoterapeuta) mówią, że na pewno było się ofiarą, ale własne sumienie jednak mówi inaczej, mówi, że po tylu latach tak naprawdę to nie wiadomo. Sumienie jest ważniejsze! W tych sytuacjach trzeba posłuchać własnego sumienia nawet, jeśli jest źle uformowane. Przykład? Wystarczy, że w sumieniu rozpozna się, że nie „nie wiem” z całą pewnością (rozeznawanie krytyczne), że pigułkę po wzięłam 40 lat temu jako środek antykoncepcyjny, czy jako środek wczesnoaborcyjny. Przy takim „nie wiem” osobiście prosiłabym o zdjęcie ekskomuniki, ponieważ nie ma sposobu, żeby rozeznać jak naprawdę było.

maj 2018

Koncepcja: „Muszę koniecznie jakimś cudem nagrzeszyć, bo już kompletnie nie wiem z czego się spowiadać” jest na pewno chybiona. Oznacza tyle co: „Muszę iść nasiać chwastów do pobliskiego ogrodu botanicznego, bo znów wygląda zbyt pięknie”. Naprawdę to oznacza tylko to i ani odrobiny więcej.

kwiecień 2018

Co takiego jest konieczne? Koniecznie trzeba ratować człowieka i przyrodę. Jak to zrobić? Najlepiej tak, żeby nie zapomnieć o godności człowieka, tzn. o tym, że człowiek jest osobą. Jeśli osobą, to na pewno nie np. dżdżownicą. Ma to ogromne praktyczne znaczenie, ponieważ jeśli się to pamięta, pamięta się też i o tym, że za dżdżownice życia się nie oddaje. Oczywiście warto tu od razu dodać, że jak ktoś nazywa człowieka dżdżownicą, to czasem to jest upokorzenie, a czasem komplement. Sprawa dżdżownic jest skomplikowana, ponieważ one są bardzo pożyteczne i to one „oddają” życie, ale wcale nie za siebie nawzajem, ale po to, aby człowiek mógł czasem zjeść dobrą rybę. I to jest przyroda, którą trzeba ratować: czyste rzeki, żeby dżdżownice się nie marnowały.